jac* said...
w marzeniach?
Jak zwykle w sedno. Łukasz, może Ty się zajmiesz pisaniem notek na moim blogu?
Widzę w sobie wrak człowieka. Męczy mnie wstawanie przed siódmą czy ósmą, wiatr, chłód. Męczy mnie bieganie po kwadracie ulic Nowy Świat, Krakowskie przedmieście, Dobra, Karowa plus Campus Główny w poszukiwaniu nieistniejących lektur. Z powodu siedzenia w murach ISNS moje komórki cierpią z niedotlenienia. Może dlatego cierpię na chroniczny ból głowy. Moja hipochondryczna natura stwierdziła, że to rak mózgu ale moje Ego zaprzeczyło tej teorii stwierdzając (cytuję): ,,To zbyt patetyczne”. Jestem chora z wyczerpania gdy próbuję wyłowić kilka sensownych zdań z otaczającego mnie strumienia estetyzmu(All rights reserved by jac*). Boję się ciemności i myśli o własnej beznadziejności. Nie lubię myśleć, że nic nie osiągnęłam. To nie o to chodzi, że studia są takie ciężkie. Bo tak naprawdę to nie są. Gorzej z sesją tudzież kolosem. Trochę lektur, siedzenia na zajęciach, dyskusje, refleksje, formułowanie poglądów, rozumienie i inne sprawności, które już gdzieś tam przećwiczyłam. Teraz następuje pogłębianie i porządkowanie. Głębokie pogłębianie rowów. I to nie o to chodzi że jestem intelektualnie zmęczona. Jestem fizycznie zmęczona. I nikt tego nie chce zrozumieć. Ja potrzebuję kilkunastu godzin niczym nie zmąconego czasu kiedy nikt mi nie będzie wyrzucał, ze nic nie robię. Bo ja chcę przez kilkanaście godzin nic nie robić. Mam taką cholerną meta-potrzebę (patrz: psychologia humanistyczna A. Maslowa).
,,Bo w życiu musisz zdecydować czy będziesz kopać rowy czy nadzorował kopanie rowów” moja ostatnia złota myśl
A Bollywood Nite zrobili we wtorek właśnie wtedy kiedy mam zajęcia do 20 !!!!! To jest najbardziej z tego wszystkiego cholernie niesprawiedliwe. Idę gdzieś gdzie mnie nie znajdą.
There's no earthly way of knowing what was in your heart when it stopped going. The whole world shook. A storm was blowing through you.
16 listopada 2005
Hepatitis
24 października 2005
Trying to remember/forget/keep deep in heart...
Liście zrobiły się złote i rubinowe. A to mi przypominało jak mając dziewięć czy dziesięć lat, zgarniałam te liście na kupkę przed domem, kładłam na to koc i udawałam że jestem kurą albo że to gniazdo to mój dom a wszelkiej maści pluszaki to moi podopieczni. Freud miałby tu dużo do powiedzenia... Pamiętam jeszcze, że razem z A. i G. chodziłyśmy do ich ogrodu i snułyśmy plany jaki to cudowny domek na drzewie będziemy miały na kasztanie(tak jak w ,,Końcu niewinności”). Przebudowywałyśmy w myślach ich dom. Już nie pamiętam gdzie miałam mieszkać ja ale G. miała mieć strych:) Czasem tańczyłyśmy taniec deszczu. W naszej świadomości deszcz równał się pójście do najbliższego domu, ,,no bo przecież pada”. Co z tego, że ja mam trzy minuty od ich domu do mojego:) Trzeba wiejsc i przeczekać deszcz. Potem zwykle bawiłyśmy się we wspinaczkę wysokogórską. Trzeba wam wiedzieć, niezorientowani, że A. i G. mają dwupiętrowy dom i jeszcze strych. I dużo schodów dla takiego dziesięciolatka... Więc G. chyba zwykle przewodziła tej ,,wyprawie”. Skakanki i gumy do skakania pełniły role lin. I tak, schodek po schodku wchodziłyśmy na samą górę, aż pod drzwi starszej siostry K. Pamiętam, ze jak chodziłyśmy do trzeciej klasy to czułyśmy się strasznie dorosłe:) A jak chodziłyśmy na angielski to G. rysowała mi w zeszycie znak Batmana, co to znaczy, nie nadaje się do napisania:) więc nie pytajcie... A jak chodziłyśmy do gimnazjum to A. zawsze przed lekcjami kupowała Icetea. Dziewczyny, jak chciałyśmy nazwać naszą restaurację, pamiętacie?? Tylko proszę, nie cytujcie, błagam!
Nie chciałabym czegoś stracić. Tyle rzeczy już straciłam, tych najważniejszych. O jednej będę pamiętać do końca życia, ciągle mi się to przypomina wchodząc na psychologię do Audi Maxu, sala Mickiewicza, środa, 8.00(drakońska godzina, wiem, moje worki pod oczami mówią same za siebie) Tylko wykład nie jest o tym co wtedy.
Nie chciałabym żeby coś mi umknęło. Coś trudnego do zdefiniowania. Coś jakby satysfakcja+szczęście+miłość+przyjaźń+radość życia+urozmaicenie. Bo jak tak siedzę nad świętymi Malinowskim, Ossowskim, Petrażyckim, Podgóreckim i innymi świętej pamięci profesorami-badaczami z firnamentu ISNS to czasem robię sobie przerwę (bo na przykład taka teoria systemów Nickhlasa Luhmana jest delikatnie mówiąc zawiła i na trzeźwo nie da się tego przeczytać) i sobie myślę co ze mnie będzie za pięć lat oprócz (jak dobrze pójdzie) magicznych literek mgr przed nazwiskiem.
Ja to juz dawno mówiłam. Esteci powinni rządzić swiatem.
15 października 2005
It goes...
Dwa tygodnie bycia studentką ISNS. Wcale nie podkreślam tego że ,,ISNS” z przekory. Po prostu lubię tą nazwę. Jest taka dostojna. Instytut Stosowanych Nauk Społecznych. I po dwóch tygodniach odmieniania tej nazwy przez wszelkie przypadki wcale mi się nie znudziła. Wręcz przeciwnie. Czekam na kolejny wykład z psychologii (metody obronne ego...) i z antropologii kulturowej (zostanę szamanem w Jakucji). Lubię bar Uniwersytecki za jego PRLowską atmosferę. Uwielbiam BUW za jej zakamarki i czuję się rozpieszczana przez nasz ISNSowy samorząd. Nauczyłam się organizować czas między zajęciami. Doceniam instytucję pana Xero i automatu do kawy. Lubię dr. Rymszę za jego kompetencję i ikrę z jaką mówi o polityce społecznej.
Tylko czasu mi brak. I was, paszczaki. Wiecie, że to już dwa tygodnie po urodzinach Miłki? I dwa tygodnie was nie widziałam. Nie, przepraszam. Przelotem widziałam: Ampera, Janka, Tomka, Tomka, Martę, Olka, Radka, no i prawie codziennie widuję Patrycję. Do czego zmierzam? Chyba uzależniłam się od waszego towarzystwa:)
Przestałam oglądać komedie romantyczne, melodramaty i dramaty. Po co sprawiać sobie ból? Przecież i tak nic takiego nigdy mnie nie spotka. Przestałam oglądać reklamy w kolorowych magazynach. Po co się dołować. Przecież i tak nigdy nie będę mieć takiego ciała jak modelki. Co z tego, że wiem, że na tych zdjęciach wyżywali się graficy komputerowi i fotki mają mało wspólnego z rzeczywistością?
I nawet ten, który twierdził, że go nie zraniłam, przestał się do mnie odzywać.
I chociaż moja nieporadność i większość życiowych ,,problemów” wynika ze mnie samej i dopiero po fakcie wiem jak powinnam była się zachować to coraz częściej odkrywam w sobie pokłady zdrowej energii, które ładują mój akumulator. Idę dalej(?).
02 października 2005
Bitter- sweet...

No własnie.Urodziny Miłki. Jak zwykle esteckie do potęgi. Zagubiony, czekam z niecierpliwością na twoje krasnoludzie wąsy:) Ala, nie martw się. Wszystko ci się ułoży. A jak już będzie tak naprawdę źle to pamiętaj, że ja jestem i możesz się wygadać w każdej chwili. A jak niektórzy ci będą dokuczać i szpanować swoja nowo zdobytą wiedzą to pomyśl, że to też taka maska, dla bezpieczeństwa. I dziękuję Ci, że wysłuchałaś moich wynurzeń. No i oczywiście za szaleńczy taniec bolly. Odol, proszę więcej takich tekstów jak ten o Aps:) Miłka, dziękuję za świetną atmosferę i za to, że zniosłaś nawet muzykę hindi. Amperze, wino nalewane osobiście przez Ciebie smakuje wyśmienicie. Krzysiu, gdyby nie twoje ,,opanowanie” nocowalibyśmy na cmentarzu:) No i oczywiście, Twoja dziwna muzyka rządzi! Oleńka, uśmiechaj się więcej! Tak ci z tym do twarzy:) Iwa, kocham twoje potyczki słowne z Amperem. Proszę o więcej.
I chociaż przez większość nocy nie spałam bo krasnoludy zrobiły sobie kopalnię diamentów w mojej głowie to i tak było świetnie. Jak zwykle. Jak zawsze.
Tylko ignorancja mnie poraża. A ona boli najbardziej. I chociaż sama się o to prosiłam to myślałam, że...a resztą, nieważne. Myślałam, ze to wszystko to było coś ważnego. I tak te słowa nie trafią tam gdzie powinny a ja nie będę umiała obronić się przed zbytnim zaangażowaniem, uczuciowością, oddaniem. Bo już taka jestem. A to, że te cechy sprawiają mi najwięcej cierpienia to już chyba tylko moja sprawa jak widać na przykładzie mojej egzystencji.
Jutro zaczyna się ten nowy etap. Taki, który teraz postrzegam jako naturalny w rozwoju większości ludzi. Tylko wszystko zaczyna się od początku. Adaptacja, przyzwyczajanie się do nowego, wyzwania, wyższe szczyty do pokonania, wyższa poprzeczka. Ale uda nam się i jak to już często powtarzałam- będziemy rządzić światem:) (koniec tej notki brzmi jak epilog epickiej powieści o życiu i śmierci ale co tam, enjoy i na zdrowie moi drodzy!)
28 września 2005
Kaal Hoo Naa Hoo (Gdyby jutra nie było)...
Chociaż jeszcze nie wysiedziałam na ani jednym wykładzie to coraz bardziej podoba mi się życie studentki ISNS. Udało mi się przeżyć obóz integracyjny, dostać index, legitymację, ułożyć plan(co graniczy z cudem- a i tak mam czasem 1,5 godziny między wykładami), poznać trochę fajnych ludzi, dowiedzieć się gdzie jest Nora, Aurora, bar uniwersytecki, zwiedziłam główny campus, zapisałam się na WF i angielski. I jeszcze zniechęciłam się do studiowania prawa(przepraszam Tomek, Olek, Janek, Amper i inni których tym stwierdzeniem uraziłam:)ale z tego co słyszałam od ludzi studiujących prawo przez rok a potem rezygnujących z tych studiów na rzecz np. mojego ,,prostudenckiego” ISNS to nie wygląda to zbyt ciekawie. Tłumy na sali, 1000 osób na pierwszym roku i podobno lekceważenie studentów przez wykładowców. Chociaż to mogą być tylko subiektywne uczucia kilku osób...
Jest dobrze. I oby ten stan trwał jak najdłużej.
Moja wena zrobiła sobie wolne na długo. Teraz wróciła. Po integralce musiałam wrócić do trzeźwej rzeczywistości chociaż dużo nie piłam. A ciągle musiałam wszystkich przekonywać, że smak piwa mi nie odpowiada. Czy to jest takie trudne do zrozumienia? Widać tak.
Potem był 25 września. Nie, wcale nie z powodu wyborów na które poszłam. Poszłam z czystego obywatelskiego obowiązku. Chociaż jestem w stanie zrozumieć tych, którzy go nie wypełnili. A wracając do zaczętego wątku...Wszystko powtarza się z zabójczą precyzją i logiką. Festiwal Nauki, Urodziny M., ten sam zapach, Stare Miasto. To już rok. I potem będą dwa lata, trzy...a pewnie i tak nic się nie zmieni. Czy ktoś może mnie od tego uwolnić? Byłoby łatwiej iść przez to i tak niełatwe życie. Mniej zobowiązań, spokojniejszy sen, łatwiej byłoby się skupić...
Politycy już mają nas gdzieś. Kaczyński wodzi nas za nos jakbyśmy byli przedszkolakami.
14 września 2005
Missing you...simply
Ostatnio świat dostarcza mi rozmaitych wrażeń. Od skrajnej euforii poprzez znudzenie i smutek do melancholii. Euforia objawiła się w samolocie zmierzającym do Kopenhagi. Znudzenie nastąpiło po powrocie z Danii. Smutek zagościł wczoraj. Nasza Martyna jedzie na cale 6 lat studiować w Wielkiej Brytanii. Pomimo zdrowej zazdrości czuję, ze jakaś część mnie tam z nią pojedzie. I w tym miejscu pragnę ostrzec. Notka zrobi się teraz patetyczna i grafomańska. Moja znajomość z Martyną tak naprawdę rozpoczęła się w drugiej klasie liceum na wycieczce na Litwę. Wtedy to ja, Ala i Martyna mieszkałyśmy razem w pokoju i wkurzałyśmy wychowawczynie plotkowaniem grubo po ustalonej godzinie ciszy nocnej. Dużo rozmawiałyśmy. I tańczyłyśmy na ulicach Wilna. Potem nastąpił czas Estetów. Nasiadowy, wspólnie oglądane filmy, wypady...o tym też już pisałam. I Aps była taką siłą napędową naszych akcji... przynajmniej ja ją tak widziałam. Moja babcia by powiedziała -takie żywe srebro-. Jeszcze później było Zakopane o którym również pisałam... no i było wczorajsze spotkanie. Starówka już zawsze będzie dla mnie miejscem magicznym. Szczególnie nocą. A takie pogaduchy przy gorącej czekoladzie nastrajają optymistycznie. I wczoraj były takie słodko-gorzkie...ostatni raz w tym składzie bo Aps wyjeżdża...I odkryłam kolejne piękne miejsce na Starówce. Oprócz oczywiście panoramy Wisły...chodzenie po murach jest fajne. I gapienie się w rozgwieżdżone, zachmurzone nocne niebo jest lepsze od wszelkich używek...skłonni do melancholii niech tego nie nadużywają...działa jak narkotyk.
A teraz Martynka już wyjeżdża. Będę mogła powiedzieć, ze znam kogoś w Anglii, w samym cudownym Londynie. Ale małe to pocieszenie...
Ostrzegałam o poziomie patetyczności notki. Sami oceńcie jak bardzo ten poziom przekroczyłam. Buuu...niech mnie ktoś przytuli....
Sail on silvergirl,
Sail on by.
Your time has come to shine.
All your dreams are on their way.
See how they shine.
If you need a friend
I'm sailing right behind.
Like a bridge over troubled water
I will ease your mind.
10 września 2005
Breaking through the silence

Przerywając okres milczenia spowodowany absencja tudzież oporną weną zacznę od cytatu.
,,Przyczyną tej niemocy był lęk przed odtrąceniem, przed odruchem niechęci na widok mojej osoby, przed upokarzającym poczuciem odrzucenia- że ją męczę lub drażnię, że jestem dla niej zawadą; i było to tak silne, że wolałem nic nie mieć, ale za to gwarancję, ze nie poniosę klęski, niż narażać się na nią, choćbym miał odnieść zwycięstwo”
,,Madame”
Jakież to prawdziwe. Sama mogłabym sobie wsadzić do ust te słowa. Tylko w formie żeńskiej. Przeczytajcie ,,Madame”. To nie książka o uczuciu pokonującym czas i przestrzeń ale o fascynacji. Bo jakże łatwo pomylić miłość z fascynacją. Miłość to proces, fascynacja to impuls.
Dania jest czysta i zadbana. Ale czasem jest zadbana i opakowana w plastikowe opakowania do niemożliwości. Jabłka sprzedawane po 10 sztuk w woreczku, chleb zachowujący świeżość przez dwa tygodnie w plastikowym opakowaniu...sama czułam się czasami opakowana w plastik. Duńczycy są otwarci i nie ma dla nich tematów tabu. Nie wstydzą się też samych siebie oraz mają fioła na punkcie flagi narodowej. Gdy są w domu, wywieszają flagę. Na przyjęciu urodzinowym, na stole stoją małe flagi. Nawet na opakowaniach serków czy owoców nadrukowane są flagi. I lubię latać samolotem. Czuję się wtedy taka dorosła, światowa. Uśmiechające się stewardesy, przystojni stewardzi. I przede wszystkim widok z okna. Może to głupie ale to moje odczucia:) Może i naiwne... wszak już wielokrotnie udowadniam sobie, że ze mnie jeszcze małe dziecko:)
Czuję się też dorosła kiedy mój braciszek od 1 września powędrował do swojego gimnazjum a ja mam jeszcze miesiąc wolnego. No, może nie do końca bo jeszcze obóz integracyjny, na którym nauczymy się przeprowadzać uliczne ankiety. Turyści w Zakopanem, strzeżcie się!
Muszę zacząć coś robić. Nadmiar wolnego czasu jest szkodliwy i powinien być prawnie zakazany. I mówię to ja, prawie w pełni władz umysłowych.
Acha! Na zdjęciu Ja, Stella z Niemiec, mala Dunka, kluski sląskie na naszym dniu wymiany kulturalnej:)
Time
Czas jest bezwzględny dla wszystkich bez wyjątku i po równo traktujący każdego. Płynie swoim trybem, stale ustalonym tempem. Sekundy, minuty...
-
Będzie o pieniądzach. Odkąd pracuję zawodowo staram się oszczędzać przynajmniej część każdej miesięcznej pensji. Mam wrażenie, że nie wydaj...
-
Nie żebym chciała zapychać bloga nie pisząc niczego ale przeglądając zdjęcia z ostatnich kilku plenerów znalazłam pare ładnych, na których m...
-
Czas teraźniejszy przypomina mi koniec semestru w liceum. Multum sprawdzianów(teraz dumnie nazywane kolokwiami), testów zaliczeniowych, prac...