02 października 2008

Kraftwerk

Te wakacje miały być zupełnie inne. A w końcu również były zupełnie inne tylko w zupełnie inną stronę. Nową. Najpierw jedne praktyki gdzie nauczyłam się wstawać rano, potem drugie praktyki, gdzie nauczyłam się samodzielności i odporności na strach przed popełnieniem błędu, potem P., od którego dowiedziałam się, że mężczyzna może mieć tylko jedną gitarę, którą kocha jak również, że niektórzy robią niewiarygodny masaż karku. Potem praca, która przyszła do mnie sama, bo podobno świetnie się ze mną współpracuje. Po drodze cudowny wyjazd z T. do A. i A. do Berlina gdzie dowiedziałam się, że kilkoro ludzi na tym świecie kocham bezwarunkowo i na zawsze. Potem było jeszcze Zakopane, które moją miłość jeszcze utwierdziło. Kilka esteckich imprez do tego sprawiło, że Estetów będę kochać do końca życia a potem nawiedzać duchem.

Rozpiera mnie energia i radość życia. Chociaż prawem czarnej serii przydałaby się jakaś depresyjna notka, bo na przykład jest zimno albo boli mnie głowa, ale zwyczajnie nie mam o czym pisać bo mnie od pewnego czasu nic nie dołuje. No może, to, że zamykają Lunę albo to, że muszę do poniedziałku czekać na wydanie de luxe Om Shanti Om na DVD. No po prostu nie ma nic takiego, co by mnie wpędziło w depresję. No szczypawka, nic. Mogę sobie coś wymyślić. W sumie przez długi czas tak robiłam. Ale po co?

Ostatnio widzę więcej. I podoba mi się to, co widzę.

15 września 2008

Sexi flexi

Właściwie nie wiem, co mnie w nim urzekło. Może ta zauważalna na kilometr wrodzona niewinność, ta czułość, z jaką obchodził się z gitarą, sposób, w jaki pierwszy raz na mnie spojrzał, to jak mnie dotykał czy to jak potrafił nieprzerwanie mówić o swojej pasji. A może po prostu wszystko razem. Właściwie nie wiem, co go urzekło we mnie. Pewnie już nigdy się tego nie dowiem. Właściwie nie wiem, czym był ten cały sierpień. To również pewnie pozostanie bez odpowiedzi.

Wiem jednak, że choć to trwało taki mały ułamek czasu to utwierdziło mnie w przekonaniu, że jestem coś warta. Że jednak może być normalnie, spokojnie i po prostu. Że chociaż znów musiałam sobie posklejać umysł, duszę i serce również to chyba znów jestem silniejsza, pewniejsza i doroślejsza. Ciekawe tylko jak długo będę tak dorastać. Ciekawe tylko jak długo będę sobie tą pewność siebie budować.

Ćwiczę się w cnocie cierpliwości.

10 września 2008

***

Poradzę sobie. Wszystko będzie dobrze. Nie dam się. Będę silna. Wszystko się ułoży. Wszystko będzie dobrze. Nie dam się złamać. Po prostu nie. Nie rozkleję się. Nie rozpadnę. Skleję się sama. Bo jestem taka kurde, złota rączka. Wszystko będzie dobrze. Nie dam się. Poradzę sobie i już. To wcale tak nie boli. Zaraz przestanie. Wszystko się ułoży i będzie dobrze. Będzie dobrze. Będzie bardzo dobrze. Bardzo, bardzo dobrze. Poradzę sobie. Jak zawsze. Czy kiedykolwiek sobie nie poradziłam? I te łzy są naprawdę bezcelowe. Zupełnie. Poradzę sobie i z tym. Ja sobie zawsze radzę. I teraz też sobie poradzę bo tak. Wszystko będzie dobrze bo musi być dobrze.

A może nie?

09 września 2008

One Art by Elizabeth Bishop


The art of losing isn't hard to master;
so many things seem filled with the intent
to be lost that their loss is no disaster,

Lose something every day. Accept the fluster
of lost door keys, the hour badly spent.
The art of losing isn't hard to master.

Then practice losing farther, losing faster:
places, and names, and where it was you meant
to travel. None of these will bring disaster.

I lost my mother's watch. And look! my last, or
next-to-last, of three beloved houses went.
The art of losing isn't hard to master.

I lost two cities, lovely ones. And, vaster,
some realms I owned, two rivers, a continent.
I miss them, but it wasn't a disaster.

-- Even losing you (the joking voice, a gesture
I love) I shan't have lied. It's evident
the art of losing's not too hard to master
though it may look like (Write it!) a disaster.

03 września 2008

**

Chyba duszę się we własnym domu. Czy to oznacza, że powinnam się wyprowadzić? Chyba duszę się we własnym ciele. Czy to oznacza, że powinnam się z niego wynieść? Własny pokój codziennie się zmniejsza, zmniejsza przestrzeń życiową, brakuje miejsca żeby spokojnie pomyśleć. Chciałabym dostać własny kawałek podłogi, który bym sama od początku urządziła.

Wkurza mnie Lew Gruzji, ciało odmawia współpracy, niekompetencja niektórych możnych i niemożnych tego świata. Do jasnej cholery, o co chodzi?

Bezmiar. Bezkres. Bezsilność. Zabierz mnie. Zrób coś żeby to się skończyło. Żeby ten pokręcony surrealizm zamienił się chociaż w krakowską awangardę. Oni ćpali ale przynajmniej coś z tego wynikało.

Ciekawe jak długo tak mogę. Jak długo wytrzymam. Wskaźnik oporu jest nieznany.

16 sierpnia 2008

Raindrops

Jest pierwsza w nocy. To dziwna godzina. Taka niepasująca do pozostałych. Pierwsza godzina nowego dnia ale zwykle przychodzi niepostrzeżenie i zwykle nie zauważamy, że już zmieniła się cyfra w kalendarzu. Niektórzy od kilku godzin już śpią, inni zasypiają, inni być może dopiero zaczynają dzień. Pierwsza w nocy to dobra godzina. Jest już na tyle cicho, że można wsłuchać się co mówi noc, psy nie szczekają, tramwaje już nie jeżdżą, może tylko gitarzyści korzystają z tej błogosławionej ciszy i właśnie teraz próbują uchwycić drżenie strun i nadać im ten jeden, niepowtarzalny szlif.
Pada deszcz. Kilka godzin wcześniej lało tak jakby ktoś w niebie umarł. A błyskawice były takie rozjuszone. Dostojne. Jak werble.
Próbuję wsłuchać się w te krople deszczu, które spadają na mój parapet. Mój niebieski pokój, który niebieskim jest już tylko z definicji, bo nie wiedzieć czemu postanowił zostać mulatem, utopił się w ciemności i tylko nad łóżkiem widać takie jasne, świetlne rysunki jakby wyrysowane dłutem. Jest cicho. W oddali słychać tylko odgłosy muzyki. Ale to na pewno nie gitarzyści. Jak chcą to mogą sprawić, że gitara brzmi jak harfa. Mają tez takie gitary, które brzmią jak sitar albo mandolina. To jest fascynujące. Gitarzyści też są fascynujący. No, może nie wszyscy ale kilku bardzo fascynujących by się znalazło. Znam też takiego bardzo bardzo fascynującego.
Ta notka nie ma właściwie sensu. Ale co zrobić skoro te słowa piszą się same. Fakt, uderzam własnym palcami o klawiaturę ale same słowa idą gdzieś z głębi, gdzieś z nadświadomości. Jeżeli taka istnieje.

W tej chwili po głowie plączą mi się dwa cytaty. Jeden z Simona: ,,Can you imagine us years from today, sharing the park bench quietly. How terribly strange is to be seventy”. A drugi, z Karin Stanek. Chodzi za mną toto i chodzi od jakiegoś miesiąca;) ,, Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą.” Jakby co, to puszczam do was oko:)

12 sierpnia 2008

Tranquility


Jestem szczęśliwa. Jest cudownie. Jest cudownie bo jest normalnie. Jest normalnie tak jak nie było nigdy. Może i mam coś w sobie z emo ale emo uwielbiają pławić się w swojej depresji i jest im z tym dobrze. Mnie nie. Dlatego teraz jestem szczęśliwa. Cholernie. Aż nieprzyzwoicie. Chociaż może nie widać.

Cóż Boże, jednak znów miałeś rację. 1:0 dla Ciebie :) I oby tak było zawsze.

I cóż dwa, nie wiem czy można uzależnić się od Broken Wing. Postaram się tę przyjemność dozować;)

To zdjęcie zrobiłam w niedzielę. Siedziałam w ogrodzie z bolącym okiem i tak się jakoś zrobiło. Pasuje do tego spokoju.

Time

Czas jest bezwzględny dla wszystkich bez wyjątku i po równo traktujący każdego. Płynie swoim trybem, stale ustalonym tempem. Sekundy, minuty...