1. Zakochaj się!
2.Opanuj do perfekcji przyrządzanie wyśmienitego czekoladowego deseru.
3. ,,Raczej odnajdź siebie i wizytówkę własnego, niepowtarzalnego stylu, niż próbuj być w zgodzie z tym, co akurat modne" Dita Von Tesse
4. Zapisz się na lekcję tańca.
5. ,,Zamiast tylko marzyć, bądź jak marzenie" Stephen Jones
6. Chodź do kina w dzień.
7. Dzwoń do przyjaciół, zamiast pisać do nich SMSy.
8. ,,Trzeba podejmować ryzyko. Cud życia rozumiemy w pełni tylko wtedy, gdy pozwalamy zdarzyć sie temu, co nieoczekiwane" Paulo Coelho
9. Wysyłaj pocztówki.
10. ,,Słuchaj głośnej muzyki. Let your hair down" Pixie Lott
11. Chodź na tak dużo pikników, jak tylko możliwe i nie zniechęcaj się złą pogodą- urządź piknik na podłodze w swoim salonie.
12. Pofruwaj na kite'ach w wietrzny dzień.
13. Nagraj odgłosy lata i słuchaj ich na iPodzie, gdy dni są ciemne i zimne.
14. ,,Ubierz się...w bajeczny uśmiech, najwspanialszą z biżuterii i wiedz, że to Ty całkowicie kontrolujesz swoje życie" Donatella Versace
15. Znajdź nową, ulubioną piosenkę.
16. Użyj połyskującego cienia do powiek w deszczowy wtorek.
17. ,,Szczęście jest stanem umysłu. Radość jest stanem serca. Ja wolę radość!" Elle Macpherson
18. Kiedy nie wiesz, co zrobić- ubierz się elegancko.
19. ,,Wyraź swoją osobowość poprzez swój styl i paznokcie" Sophy Robson
20. Od czasu do czasu rob rzeczy, które Cię przerażają- by zafundować sobie zastrzyk endorfin, a później poczucie dumy.
21. ,,Odżywiaj się zdrowo, ćwicz regularnie i słuchaj naprawdę dobrej muzyki" Perez Hilton
22. Poświęć więcej czasu na myślenie. Ale nie przesadzaj!
23. Jeśli nikt nie kupuje Ci kwiatów- kup je sobie sama.
24. ,,Bądź przynajmniej tak zainteresowana tym, co dzieje się w Twoim wnętrzu, jak tym co dzieje się na zewnątrz. Jeśli uporządkujesz swoje wnętrze, na zewnątrz też wszystko się ułoży" Eckhart Tolle
25. Bądź uprzejma.
via: H&M Magazine, winter 2009
Niektóre punkty są banalne, inne śmieszne. Jeszcze inne mądre a kilka z nich wnosi ciepło. Trochę jak życie. Oby nadchodzący rok był dobry. Po prostu.
There's no earthly way of knowing what was in your heart when it stopped going. The whole world shook. A storm was blowing through you.
31 grudnia 2009
Resolution
27 grudnia 2009
A flash
,,Moja matka zawsze powtarzała, że zaufanie przygotowuje grunt pod wybaczenie. Wiara i zaufanie są niezbędne, tworzą glebę, w której dopiero może zakorzenić się przebaczenie. Po nim zwykle następuje wdzięczność, która potrafi przybierać najróżniejszą postać”
,,Sto odcieni bieli” Preethi Nair
Rozumiem to tak. Na początku było przebaczenie i od przebaczenia się zaczęło. To znaczy, gdy stać mnie będzie na wybaczenie to wybaczę. Ale potem musi przyjść wdzięczność za coś, co musiałam przebaczać. I cykl się zamknie. Wdzięczność za coś złego to tak jak nadstawienie drugiego policzka. Boli, ale robi sens. Bo przecież po każdym dole, po każdej dolinie i upadku przychodzi góra, tęcza i radosny wybuch wulkanu. Bo zawsze po tym jak coś wali się nam na głowę, przychodzi ktoś lub coś, co nas ratuje od otchłani rozpaczy. I doceniamy to tylko dlatego, że przed chwilą świat runął nam w posadach.
Trudne, ale może warte zachodu?
13 grudnia 2009
Roll with the wind
Intensywność doznań, nieoczekiwane emocje, wybuchy radości, szybkie bicie serca. Karuzela. Głębokie spojrzenie. Dotyk. Łza. Kąciki ust.
And I don’t know for sure where this is going still. I hope for more. And more.
And now that you are gone I finally get a taste of freedom. Only problem is I don’t really want to be free.
Love is always for sale. Cause someone’s willing to pay.
Liryka, liryka. Tkliwa dynamika. Angelologia i dal.
Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca.
Widzę siebie w krzywym zwierciadle. I nie bardzo wiem jak patrzeć na siebie normalnie lub raczej tak jak patrzą na mnie ci wszyscy ludzie, których spotykam. Tydzień temu, kiedy spiesząc się do pracy nieomal wpadłam na pewnego starszego pana, który zamiast spopielić mnie wzrokiem spojrzał na mnie i powiedział : ,,O jaka śliczna buzia”. Najpierw spojrzałam na niego jak na kosmitę a potem się uśmiechnęłam. To wszystko trwało ułamek sekundy, ale nie po raz pierwszy zrozumiałam, że po prostu nie umiem przyjmować komplementów. Jakiś czas temu na imieninach Babci dawno nie widziana ciocia na mój widok zawyrokowała: ,,No babcia zobacz jak ta Ania wyładniała, szykuj kasę bo niedługo Ci się wnuczka żenić będzie”. Kilka dni temu myślami będąc jeszcze na koncercie Aleksandra Rybaka i śpiewając pod nosem ,,Funny little world” spotkałam moja sąsiadkę. Zamiast zwyczajowego dzień dobry dostałam: ,,Aniu już dawno miałam Ci to powiedzieć - jak pięknie wyglądasz”.
Bóg obdarzył mnie taką sobie urodą. Myślę, że nie jestem ani bardzo brzydka ani bardzo ładna. Jeśli nad sobą popracuję jestem w stanie wyglądać ładnie. Znośnie. Tak myślę, że raczej o wiele za często zwracam uwagę na moje mankamenty a nie na to, co jest dobre. Hm, właściwie to tą opinię mogłabym wypowiedzieć o dużej części tych miesięcy za mną. Powód? Pewnie jakaś cześć mojego mózgu nie jest odpowiednio dotleniana. Prawdopodobnie taka jedna mała żyła wrotna donosi to, co zwykle nosi w miejsce do tego nie przeznaczone. Prawdopodobnie w mózgu w ogóle nie ma żył wrotnych niosących tlen w miejsca do tego nieprzeznaczone ale wolę tą teorię niż pomysł, że świat czasem sprzysięga się przeciw mnie. Łatwiej walczyć z żyłą wrotna niż całym światem, prawda?
Ale chyba nic poza tym, poza tym ,,ładnie". Żadnych fajerwerków, żadnych omdlewających młodzieńców, żadnych adoratorów wyśpiewujących serenady(ok, był jeden, który zasypywał mnie różami). Miłość? Były dwie. Jedna umarła, druga odeszła przy okazji rozdeptując moje serce na dżem. Dosłownie. Czy będzie kolejna, ta prawdziwa? O z pewnością. Zgodnie z teorią, że nic w przyrodzie nie ginie tak i moje geny nie mogą zaginąć. Tylko jeszcze musi się znaleźć ktoś, komu te geny i cała reszta przypadną do estetycznego gustu.
Teoretycznie powinnam sama sobie zrekrutować męża/chłopaka/tragarza/towarzysza zakupów. W końcu jak powiedziała ostatnio moja szefowa, jestem teraz dojrzałym researcherem i świetnym materiałem na konsultanta. Tylko nie wiem jak w tym przypadku wyglądałaby kwestia zabarwienia emocjonalnego w stosunku do projektu rekrutacyjnego.
Jestem oazą spokoju. Wyluzowaną oazą spokoju na tafli jeziora. Wiecie jaką oazą, jak bardzo wyluzowaną i na jakiej tafli jeziora ;)
15 października 2009
Eyes wide shut
Życie jest dziwne. Nieustannie mieszają się między sobą smaki, zapachy, dźwięki tworząc mieszankę czasem wybuchową czasem euforyczną czasem po prostu zadziwiającą. Od pewnego czasu najzwyczajniej w świecie codziennie dziwię się światu i życiu. Bardziej mimowolnie niż będąc siłą sprawczą tych wydarzeń. Raczej wcielam się w rolę obserwatora uczestniczącego, w środku, w kotle wydarzeń, które sprawiają, że… dorosłość i dojrzałość nie brzmią już tak odlegle i nie są okrągłym słowem stosowanym na wszelkie okazje, gdy wypada wtrącić jakieś pełne słowo. Nie. To się jakoś dzieje mimo mnie i z moim cichym przyzwoleniem jednocześnie.
Odkrywam ostatnio magię, prostotę i czystą przyjemność, jaką może przynieść wymienianie listów z kimś, kogo uważam za przyjaciela. Może nie jest to taka przyjaźń typowa (choć czy przyjaźń tak jak związki można zaszufladkować?), to raczej pokrewieństwo sposobu myślenia, nadawanie na podobnych falach, mówienie podobnymi kodami. Lubię czytać coś, co zostało napisane specjalnie i z myślą o mnie. I lubię myśleć, że ktoś gdzieś tam o mnie myśli, może nawet troszczy w pewnym sensie. Lubię to uczucie takiego miłego ciepła, kiedy czytam każdy list. I zawsze czekam na kolejny. Ech…
Właściwie to oprócz P. raz na jakiś czas piszę listy do M. Moja przyjaciółka M. kilka razy uratowała mnie z psychicznych dołków, za co będę jej wdzięczna na wieczność. Wszystkie listy przechowuję, ale jeden, który napisała do mnie po jednym z moich głupszym wpisów na blogu jest dla mnie szczególny bo to tak jakby mówił do mnie Ktoś tam z góry. To ona a raczej On, który mówił przez nią uświadomili mi, że On nie da mi zginać. Że ta pewność, która od pewnego czasu we mnie jest, nie zniknie dopóki pokłada się tą pewność w Nim. W pewnym sensie uważam M. za mojego spowiednika a raczej jego żeńską wersję:) Jest w tym dużo prawdy, bo tematy naszych rozmów na ogół są z jednej strony życiowe a z drugiej niebiańskie. Sens? Zawsze jest.
Studiując 3 godziny w tygodniu a pracując 32 godziny w tygodniu człowiek się przewartościowuje. Wieczory się wydłużają, mistrzostwo świata osiągam w organizacji tygodnia z tylko jednym względnie wolnym dniem. Dochodzi do tego miecz katowski nad głową w postaci naukowej dysertacji na temat wpływu urlopów wychowawczych i macierzyńskich na rozwój kariery zawodowej kobiet i mężczyzn. Postaram się w niej udowodnić, że mężczyźni również mogą wychowywać dzieci po ich urodzeniu i jest to nawet wykonalne.
Tyle. Ach, moje paznokcie pomalowane na kolor malinowy są szekszi (jak mówi T.).
07 września 2009
Dieu Et Mon Droit
Zachwycił mnie. Swoją bezpretensjonalnością, bezpośredniością w wyrażaniu poglądów i zwyczajów, wielkimi planami na przyszłość i anegdotami z przeszłości, która nie zawsze była chlubna. Zauroczył mnie swoją posągową aparycją i bystrością zachmurzonego spojrzenia. Właściwie to trudno mu się dziwić, wiele już w ten sam sposób oczarował i wiele chciałoby się znów zagubić w jego bezbrzeżnych ramionach. Czasem jest szorstki i duszny w sposobie bycia, zawsze dużo się u niego dzieje, ale mimo to nie umiałam mu się oprzeć. Wiedziałam, że ta decyzja znów obciążona jest ryzykiem bólu i pewnie okupiona będzie potokiem łez tak wielkim jak Tamiza. Ale czego nie robi się dla miłości, nawet, gdy jest tak niepewna?
Nasze tete a tete trwało zaledwie dwa dni, ale nie żałuję ani minuty. Nie zawiodłam się na Londynie ani trochę. I choć poznałam tylko skrawek ogromu tego, co może zaoferować to ta cząstka dała mi piękne, bajecznie monarchiczne sny, stąpanie kilka centymetrów nad ziemią przez następne kilka miesięcy i całe mnóstwo wspomnień, tych mniejszych jak indyjska herbata kupiona pod Heathrow w sklepie prowadzonym przez Sikha i tych większych jak doznanie intelektualnej ekstazy przy zwiedzaniu Westminster Abbey. Wszyscy, którzy tam byli i po powrocie opowiadali o mieście, ze jest ciekawe i warte zobaczenia, ale nie ekscytowali się nim zbytnio. Szczerze mówiąc, zazdrościłam każdej osobie, z której ust słyszałam te opowieści i chciałam je sama zweryfikować. Jednak od kilku lat, kiedy to Londyn stał się moim marzeniem, coś zawsze przeszkadzało by je spełnić. Brak czasu, brak pieniędzy, brak mieszkania, brak kompana do wyprawy. Rozwiązanie w tym roku okazało się prostsze niż myślałam, jeszcze raz przekonując się o słuszności powiedzenia, iż najprostsze rozwiązania są zwykle najlepsze.
Chcę jeszcze tam wrócić, zobaczyć więcej, poczuć więcej i chłonąc i sycić oczy tą architekturę, tych ludzi, którzy są sami w sobie osobnymi historiami, znów podziwiać ich często wyszukany styl i niepowtarzalny smak przy wyborze ubrań, usiąść w St. James i obserwować gęsi, przejść się po City i podejrzeć jeden z większych ośrodków biznesu na świecie, znowu napić się cydru i zjeść ciasto marchewkowe, zobaczyć klejnoty koronne w Tower i znowu obejrzeć wystawę azjatycką w British Museum. A hol w British Museum zwiedziłabym jeszcze raz, dokładniej, bo to właśnie tam tańczył Hrithik Roshan w K3G. Jako histeryczna fanka owego aktora, muszę te schody jeszcze raz zobaczyć.
Na osłodę brutalnego rozstania z Londynem dostałam Windsor, Cardiff, Brighton, Bath, klify w Eastbourne, Caerphilly Castle, Stonehenge i Arundel Castle. To chyba sprawiedliwa zapłata za porzucenie, gdyby tak kończył się każdy związek, na świecie prawie nie istniałyby samobójstwa z miłości, depresja i chandra. Mogłabym o każdym z tych miejsc napisać, że było cudowne i fascynujące na swój tylko sposób. W Windsorze rezyduje Królowa, co jest dla mnie wartością samą w sobie a pod zamkiem stoi piękny, majestatyczny, wykonany z brązu pomnik królowej Wiktorii, która z godnością będzie tam stać na wieki. Royal Pavilion w Brighton to wariacja na temat azjatyckich zainteresowań króla Jerzego IV- gdyby moje zainteresowania musiałby być pokazane w postaci jednego obrazka, pokazałabym Royal Pavilion, bo zawiera się tutaj monarchia, Wielka Brytania, historia, Indie, morze, czyli duża część tego, co uwielbiam. Bath to klasyka wiktoriańskiej architektury i to tutaj przez kilka lat mieszkała Jane Austen. Mogłam wejść po tych samych schodach, po których ona wchodziła. Czy to nie jest cudowne? Klify w Eastbourne to taka mała Grecja, przejrzyście lazurowa woda, przestrzeń, malownicze igranie słońca z chmurami i wrażenie, że ziemia może się pode mną osunąć w ciąg kilku chwil. Arundel Castle czyli rodowa siedziba książąt Norfolk to żywa historia, głównie z powodu zamieszkiwania przez Norfolków części zamku. Sam gmach jest apoteozą moich wyobrażeń o zamku idealnym- romantyczny, ale jednocześnie masywny, z pięknym, rozległym ogrodem, wnętrzami przyprawiającymi o zawrót głowy. Z salą balową, w której nogi same podrywają się do tańca gdyby nie obsługa muzealna. I prawdziwy, najprawdziwszy tron koronacyjny królowej Wiktorii wystawiony w jednej z sal tak, że niemal można go dotknąć. To wszystko sprawia, że te postaci, tak historyczne, legendarne i odległe stają się trochę bliższe i ma się wrażenie, że stoją obok nas.
Teraz tylko muszę wymyślić sobie nowe marzenie podróżnicze :) Właściwie wybór jest bardzo prosty- Indie.
29 sierpnia 2009
Against all odds p.2
Tak więc Laura się spieszyła, dopasowana w talii spódnica w kolorze pudrowego różu tańczyła wokół jej kolan a pierś przykryta śnieżnobiałą bluzką z wykrochmalonym kołnierzykiem podnosiła się i opadała w rytm szybkiego oddechu. Laura biegła a nie lubiła w tym momencie owej czynności z kilku powodów. Po pierwsze, miała na nogach buty na obcasach, po drugie, już czuła, że jej wysiłki nad ułożeniem sobie schludnej fryzury spełzły na niczym bo niesforne kosmyki zaczęły żyć na wietrze własnym życiem i po trzecie, lało jak z dziurawego wiadra a to nie sprzyjało zachowaniu spódnicy w stanie nieskazitelnym. Laura nie była pedantką. Była perfekcjonistką i zawsze pilnowała by jej ubrania pasowały do siebie kolorystycznie, książki na półce ułożone według rozmiarów a spóźnienia jedynie efektowne a nie irytujące. Wyznając kult porządku i ładu Laura nigdy nie pozwalała sobie na szaleństwa a jedyną ekstrawagancją na jaką sobie pozwoliła była ogromna broszka z szafiru kupiona na targu staroci. Można powiedzieć, że jedyną słabością Laury był jej zawód, dzięki któremu zarabiała na siebie i była w miarę niezależna. Bycie pisarką w czasach kiedy to mężczyźni święcili tryumfy we wszelkich dziedzinach od chemii po malarstwo nijak nie pasowało do oficjalnego porządnego wizerunku panienki z dobrego domu. Na razie były to tylko krótkie opowiadania pisane pod pseudonimem Lukas Clearwater i publikowane w popołudniówkach. Kilka lat temu wydano nawet zbiór jej krótkich form a czasem zdarzało jej się przemycić gdzieś jakiś wiersz czy bajkę dla dzieci ale potajemnie Laura pracowała nad powieścią godną pani Austen. Wielki, epicki romans, ponadczasowy, łamiący gdzieniegdzie ustalone tabu. W głębi serca marzyła o pozwoleniu sobie na odrobinę niczym nie skrępowanej wolności i uwolnieniu się z konwenansów, ale nigdy nie zdobyła się na odwagę by te pragnienia spełnić. Może brakowało jej silnego bodźca. Może brakowało jej doświadczenia.
Wiliam Rochester również się spieszył. W kawiarni u zbiegu ulic Myfair i Sundell czekał na niego śliczny, blond włosy anioł o sarnim spojrzeniu. Jedynym problemem było to, że Will za nic w świecie nie mógł przypomnieć sobie jak ów anioł ma na imię. Jenny, Clara, Emma? Nigdy nie miał pamięci do imion a tym bardziej imion kobiet, którymi aktualnie się zajmował a raczej które aktualnie umilały mu czas. Tak więc Will się spieszył a poły jego idealnie skrojonego surduta tańczyły na wietrze. Stwierdził, że wybierając się w drogę pieszo popełnił taktyczny błąd. Coraz mocniej zacinający deszcz niweczył jego wysiłki w celu wypracowania idealnie wypolerowanych butów. Parasol został oczywiście w kawalerskim mieszkaniu Willa na przedmieściach Londynu. Nie pasował do większości jego ubrań, więc zwykle pilnował jego skromnego acz wyszukanego i wysmakowanego dobytku. Will nie był pedantem. Nie był też wymuskanym maminsynkiem. Przeciwnie. Był ekscentrykiem i chlubił się tym. Jeden z przejawów tej cechy, rzeźbiony zegarek z tarczą wysadzaną małymi rubinami zawieszony na srebrnym łańcuszku wskazywał, że właściciel jest już mocno spóźniony i jeżeli blond anioł posiadał nieograniczone wręcz pokłady cierpliwości to jeszcze na niego czekał. Jednak nie było mu dane dowiedzieć się tej fascynującej prawdy, bo zza rogu niczym rozjuszona, spiesząca się do wodopoju gazela wyskoczyła pudrowo różowa chmura i dosłownie staranowała Willa tak, że oboje wylądowali na chodniku. Chmura czy też gazela była płci pięknej, była mokra od deszczu i niewątpliwie chciała na kimś rozładować swoją niepohamowaną złość na ten fakt.
-Z łaski swojej proszę uważać jak Pan idzie. Teraz jestem jeszcze bardzie mokra niż wcześniej a na dodatek brudna. Oczu Pan nie ma? Stracił Pan wzrok pod Waterloo? Zazdrosna kochanka wypaliła je Panu kwasem?- Laura nie mogła pohamować irytacji, chociaż zwykle była oazą spokoju. Teraz jednak niezdarność owego mężczyzny doprowadzała ją do pasji. W środku gotowała się na tego nieokrzesanego gbura.
-Pragnę zauważyć droga Pani, że to Pani na mnie wpadła i to przez Panią mam teraz mokre spodnie w bardzo strategicznym miejscu. Oczy posiadam a jakże, dobrze mi służą, ale niestety nie uchroniło mnie to przed wpadnięciem na Panią bo nie przywykłem do uciekania przed żywym taranem. Pod Waterloo nie byłem, być może mój zegarek pamięta tamte czasy a kochanki nie posiadam, wypraszam sobie. Za dużo problemów z utrzymaniem i zbyt wiele hałasu. - Will zirytowany obiegł wzrokiem przyczynę swojego nieplanowanego postoju.
02 sierpnia 2009
Against all odds
Najdroższa Lauro,
Nie mam nawet pewności, że przeczytasz ten list. To już rok. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni odkąd widziałem Cię po raz ostatni. Miałaś wtedy na sobie tę prostą, jedwabną sukienkę w kolorze szmaragdu, która tak cudownie podkreślała Twoje oczy. Płakałaś. Co ja mówię. Rozpaczałaś. Całe Twoje policzki były zalane łzami a oczy nie były już jasno zielone a granatowe.
Chciałbym, żebyś mi wybaczyła. Mimo wszystko.
Will
Te kilka słów, te kilka zdań tak nieporadnie napisanych jego ręką. Tak przesłodzone. Tak jakby nic się nie stało a jakby ten list miał wszystko załatwić. Czy istnieją granice wybaczania? Czy po tym wszystkim można tak po prostu napisać list? Pożółkły kawałek papieru leżał na kolanach Laury i ciążył jej niemiłosiernie, mimo że właściwie nic nie ważył. Może tylko symbolizował te tysiące nieprzespanych nocy, przepłakanych poranków i dziesiątków tysięcy chwil, kiedy zastanawiała się co zrobiła nie tak. Chociaż nie ona pierwsza i nie ona ostatnia. Ktoś kiedyś tak to ustawił żeby kobiety cierpiały z miłości rycząc w poduszkę a mężczyźni chodząc na wódkę i zwierzając się barmanowi. Proste jak włos Mongoła. Właściwie ten list pochodził jakby z innego świata, jakby napisał go ktoś inny. Patetyczny do potęgi. Nie ten Will, który twierdził, że to właśnie ona jest cholerną miłością jego życia i nie ten Will, który wmawiał jej, że spotkanie jej było jak znak od Boga. Nie, tamten Will był… no właśnie, jaki był? Dumny, butny, zawadiacko patrzący tymi swoimi kryształowo błękitnymi oczami spod wpół przymkniętych powiek, zawsze z gotową odpowiedzią na każde pytanie, nie ważne czy z dziedziny fizyki termojądrowej czy po prostu szeroko pojętego życia. Gdy jej nie znał to obracał wszystko w żart, opowiadał anegdotkę o złamanej nodze w czasie maratonu albo uśmiechał się zabójczo a wszystkie osobniczki płci pięknej, choć niekoniecznie zawsze mądrej mdlały z wrażenia. Dusza towarzystwa i idealny kandydat do sprowadzania kłopotów na grzeczne i porządne dziewczynki.
Taki w skrócie był William Rochester i takim poznała go Laura Gilliam pewnego zimowego wieczoru. Już była spóźniona, czekał na nią Peter, jej narzeczony, z którym za kilka miesięcy miała wziąć ślub i zamierzała być z nim nieprzyzwoicie wręcz szczęśliwa. Taki przynajmniej miała plan. Nie była stuprocentowo pewna czy akurat Peter był najlepszym materiałem na tego rodzaju życiowe eksperymenty, ale dobrze całował, miał domek na wsi i delikatne, wypielęgnowane dłonie. Jak na ironię, rodzice również go akceptowali, więc właściwie dlaczego nie mieliby być szczęśliwi?
Time
Czas jest bezwzględny dla wszystkich bez wyjątku i po równo traktujący każdego. Płynie swoim trybem, stale ustalonym tempem. Sekundy, minuty...
-
Będzie o pieniądzach. Odkąd pracuję zawodowo staram się oszczędzać przynajmniej część każdej miesięcznej pensji. Mam wrażenie, że nie wydaj...
-
Nie żebym chciała zapychać bloga nie pisząc niczego ale przeglądając zdjęcia z ostatnich kilku plenerów znalazłam pare ładnych, na których m...
-
Czas teraźniejszy przypomina mi koniec semestru w liceum. Multum sprawdzianów(teraz dumnie nazywane kolokwiami), testów zaliczeniowych, prac...