Tłumaczę sobie ostatnio, że wszystko się da. Że wszyscy kandydaci na świecie będą znać angielski, że ze wszystkim zdążę do 17 i że odpisze mój francuski fotograf. Że przestanę się w końcu pewnymi rzeczami przejmować ponad normę i że w końcu uwierzę, kiedy ktoś mówi, że zrobiłam coś dobrze. Tłumaczę sobie, że nie można wejść dwa razy do tej samej, skądinąd niezwykle atrakcyjnej, rzeki. Staram się sobie wytłumaczyć, że niektóre rzeczy po prostu nie były ważne. Tylko niestety czuję, że były cholernie ważne. Albo przynajmniej tak mi się wydaje. Rzeka niestety tylko szumi leniwie, nie zajęła żadnego znaczącego stanowiska.
Upijam się sokiem jabłkowym, bo na więcej brak mi odwagi. Z chęcią bym się upaliła, ale czekam na sprzyjające okoliczności. Może w końcu wszyscy na około przestaną postrzegać mnie jako wcielenie cnót wszelakich. Nie, nie należę do żadnego świata. Jestem bezpaństwowcem. Dzielę egzystencję między świat dorosłych ludzi w office dress code a świat pół-studencki. Do żadnego nie należę w 100 %. Do żadnego w 100% należeć nie będę. Zawsze będę balansować na granicy. Tak, zdolności przystosowawcze akurat mam wyrobione ponad normę. Tylko z odpornością gorzej.
Wkurzam się. Nakręcam. Zupełnie niepotrzebnie. Jak to dziś usłyszałam na ulicy: Maska w krainie fantazji.
There's no earthly way of knowing what was in your heart when it stopped going. The whole world shook. A storm was blowing through you.
07 lutego 2011
Cry me a river
02 stycznia 2011
Caleidoscope
Mam wrażenie, że ten rok będzie fajny. Pierwszy bez żadnych wyznaczonych celów w stylu praca magisterska i kolejne egzaminy. Są jeszcze studia podyplomowe z zarządzania zasobami ludzkimi, ale nie jest to coś co spędza mi sen z powiek a raczej sprawia wiele radości, kiedy mogę zabrać głos w dyskusji. Słuchanie wykładów i uczestniczenie w warsztatach to sama i czysta przyjemność. Przynajmniej mówią o rzeczach na których jako tako się znam lub kojarzę o co chodzi. Lubię to uczucie, kiedy pracujemy nad jakimś casem i momentalnie moje myśli idą w dobrym kierunku, przywołuję sobie z pamięci to, czego nauczyłam się przez te trzy lata pracy w rekrutacji. To taka satysfakcja, że znalazłam dziedzinę, która mnie szalenie interesuje.
Ten rok będzie ciekawy, bo rozpoczynam go zmianą pracy. Zmianą, która nastąpiła z mojej własnej nieprzymuszonej woli. Zmianą, która nadeszła w dobrym momencie i która jest zmianą jakościową. Cieszę się, że miałam na to siłę i motywację, bo oddałam mojej firmie dwa lata życia. Cóż, nie mogę powiedzieć, że Szefowa przyjęła moją decyzję z entuzjazmem. Określiłabym to raczej jako ciche tłumienie furii, że miałam czelność i śmiałość odejść.
Przenoszę się z mojego małego zaścianka na wielkie i poważne salony biznesu. Oczywiście, na razie stresuję się, że standardy mojej rekrutacyjnej podmiejskiej miejscowości nie będą pasować do standardów wielkomiejskiego rekrutacyjnego szyku. Ale. Nie ma co gdybać, zamierzam ciężko pracować i bardzo się starać.
Bardzo ciekawym doświadczeniem minionego roku była podróż do Włoch. Od kilku lat odczuwam tak silny pociąg do podróży, że co roku daję ujść tym emocjom podróżując do jednego wybranego kraju. A więc było USA, Wielka Brytania, po drodze Berlin, Praga, a teraz Italia. Było gorąco ale pięknie i moje estetyczne ja nakarmiło zmysły i nasyciło oczy. W tym roku marzę o Francji, o Paryżu, historycznej stolicy mody, Wersalu i zamkach nad Loarą. A może czas i inne okoliczności w końcu pozwolą na Indie?
Cały czas myślę i kombinuję nad totalnym usamodzielnieniem się. Nie jest to takie proste jak się wydaje głównie ze względu na finanse. Na pewno jest to wykonalne. Nie mam ciśnienia, ale myślę, że to jest ten moment, kiedy to musi nastąpić. Dla mojego zdrowia psychicznego, dla porządku wszechświata. Zobaczymy. Nie spinam się. Ostatnio mam w sobie dużo spokoju. Być może zaraz się to zmieni, ale na razie rozkoszuję się tym uczuciem.
Ostatnio znowu odkrywam tą moją dawną fascynację fotografią, głównie za sprawą nowego (fuksjowego!) aparatu fotograficznego. Zamierzam się w tym roku artystycznie wyżywać.
Szczęśliwego :)
02 grudnia 2010
Milestone
Dziś o godzinie 12.10 urodził się Maksio, pierwsze esteckie dziecko. Mam nadzieję, że nie ostatnie:) Mama i synek czują się dobrze:)
Ta wiadomość sprawiła mi taką dziką radość, zupełnie nie wiem dlaczego. Ale nie zamierzam się nad tym zastanawiać, zamierzam się cieszyć. O wiele lepiej jest chwytać te wszystkie chwile szczęścia i rozkoszować się nimi jak ciepłymi promieniami słońca padającymi na twarz niż zastanawiać się kiedy słońce zajdzie i spadnie deszcz.
18 listopada 2010
Grandma
Fenomen instytucji Babci polega na tym, że jest ona naturalnym wehikułem czasu dzięki któremu możemy przenieść się w przeszłość bez względu na to ile mamy lat.
U Babci byłam we wtorek przy okazji wizyty u okulisty. Babcia nakarmiła mnie obiadem, obdarowała jakimiś filmami na DVD, które dostała z Reader's Digest, opowiedziała co tam u cioci Wandy, obejrzała ze mną Fakty i przytaknęła, że wesele księcia Williama będzie wielkim wydarzeniem.
Wyszłam od niej w stanie totalnego rozleniwienia, rozanielenia i ze stuprocentowym poziomem spokoju w duszy.
Gdzieś, kiedyś przeczytałam, że nasze dzieciństwo trwa do momentu kiedy żyje nasza Babcia. W takim razie chcę być dzieckiem do mojej emerytury.
09 listopada 2010
Dance with somebody
Znów trzymam szczęście w dłoniach jak kruchą filiżankę z chińskiej porcelany.
Szczęście przychodzi niespodziewanie, nieco niepewnie i ostrożnie siada na progu mojego domu. Nie chce znać od razu wszystkich moich myśli i małymi krokami wchodzi do mojego serca. To niezwykłe ciepło rozpływa się po całym moim ciele.
Promienie słońca wdzierają się do moich tęczówek przez wpół przymknięte powieki.
17 września 2010
Dilemmas
Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się. Nie mam pojęcia, co zrobić. Paniczny lęk przed zrobieniem czegokolwiek. Pewnie jeszcze przyzwyczaiłabym się do tej myśli gdyby to nie działo się tak szybko, gdybym miała czas. Gdybym wiedziała, że mam czas. Zawiodłam się trzy razy, ostatni raz bolał najbardziej, podświadomie bronię się przed kolejnym ciosem. Całe ciało przygotowuje się na walkę, na bezustanną obronę przed bliskością. Wszystko, co we mnie najgorsze wytacza najcięższe działa. Nie robię nic, pozostawiam sprawy własnemu biegowi rzeczy… Nie umiem się określić.
Może się pospieszyłam, kilka słów za dużo w sytuacji, kiedy nic nie wiem, kiedy nie jestem pewna, kiedy nie wiem dokładnie, co i jak. Jaka ja jestem nieracjonalna.
Nie liczę, że ktoś to zrozumie. Nie oczekuję rad. Po prostu, kiszenie tego w środku mnie zaczyna mi ciążyć.
24 sierpnia 2010
Revival
Dwa wydarzenia, właściwie zupełnie ze sobą niepowiązane wyznaczają prąd moich myśli. Ostatnio nawet miewam niezwykle przyjemne sny, co gorsza, uśmiecham się pod nosem i śpiewam pod prysznicem. Pierwsze, nieco dziwne, trochę jak przebudzenie po zimie, lekki zawrót głowy i kilka milionów sprzecznych argumentów. Drugie, sprawiające dziką satysfakcję i wyrzuty sumienia zarazem z jednoczesnym cichym szeptem z tyłu głowy: Co by było gdyby? Czy można wejść dwa razy do tej samej rzeki?
W międzyczasie zdążyłam uzyskać tytuł magistra socjologii w zakresie stosowanych nauk społecznych na mojej wielce szacownej uczelni. Nie powiem, było to bardzo miłe przeżycie i tym samym zamknęło etap pięciu lat użerania się z dziekanatem, przekopywania się przez tony kserówek i nabywania akademickiego słownictwa wraz z Maksem Weberem, Garfinklem, Simmlem, Freudem i spółką. Nie czuję wewnętrznej potrzeby głębszego podsumowania tego okresu. Może dlatego, że studia już dawno przestały być wyznacznikiem moich codziennych obowiązków. Od blisko dwóch lat stały się dodatkiem i wypełnieniem tych kilku chwil wolnych od pracy. Ta decyzja, podjęta te dwa lata temu, żeby postarać się o jedne praktyki, drugie praktyki i wreszcie pracę, była decyzją bardzo dobrą. Czymś, co skutkuje tym, że cezura ukończenia studiów staje się tylko przyjemnym wydarzeniem w życiorysie a nie małą, prywatną rewolucją. Ja tą granicę przekroczyłam już jakiś czas temu, równocześnie jeszcze będąc studentką. Stąd przekroczenie innego Rubikonu wydało się jak przejście przez kałużę. Moja firma oraz praca nie jest idealna, żadna nie jest(nawet tester lodów) Śmiem twierdzić, że pewną wiedzę na temat rynku pracy w Polsce posiadam. Wszak zawodowo zajmuję się poszukiwaniem pracowników skrojonych na miarę, pasujących do firm naszych klientów jak garnitur od D&G. W naszych przepastnych kartotekach roi się od kandydatów dynamicznych, komunikatywnych, zorganizowanych i chętnie uczących się nowych rzeczy. Idealnych aplikantów, aniołów miłosierdzia i demonów zarządzania.
Tułam się od ,,I’m the king of the world” do ,,World kicks my ass”. Ostatnio raczej z naciskiem na to pierwsze. Wreszcie czuję, że wiatr nie wieje mi w twarz a w moje żagle. Posługując się terminologią marynarską: wypływam na szerokie wody.
Witam po dłuższej przerwie, jednej z najdłuższych w pięcioletniej karierze tego bloga. Nie obiecuję wywnętrzać się tu regularnie, ale może nieco częściej niż do tej pory. Ostatnio jakoś mam o czym.
Time
Czas jest bezwzględny dla wszystkich bez wyjątku i po równo traktujący każdego. Płynie swoim trybem, stale ustalonym tempem. Sekundy, minuty...
-
Będzie o pieniądzach. Odkąd pracuję zawodowo staram się oszczędzać przynajmniej część każdej miesięcznej pensji. Mam wrażenie, że nie wydaj...
-
Nie żebym chciała zapychać bloga nie pisząc niczego ale przeglądając zdjęcia z ostatnich kilku plenerów znalazłam pare ładnych, na których m...
-
Czas teraźniejszy przypomina mi koniec semestru w liceum. Multum sprawdzianów(teraz dumnie nazywane kolokwiami), testów zaliczeniowych, prac...