Zachwycił mnie. Swoją bezpretensjonalnością, bezpośredniością w wyrażaniu poglądów i zwyczajów, wielkimi planami na przyszłość i anegdotami z przeszłości, która nie zawsze była chlubna. Zauroczył mnie swoją posągową aparycją i bystrością zachmurzonego spojrzenia. Właściwie to trudno mu się dziwić, wiele już w ten sam sposób oczarował i wiele chciałoby się znów zagubić w jego bezbrzeżnych ramionach. Czasem jest szorstki i duszny w sposobie bycia, zawsze dużo się u niego dzieje, ale mimo to nie umiałam mu się oprzeć. Wiedziałam, że ta decyzja znów obciążona jest ryzykiem bólu i pewnie okupiona będzie potokiem łez tak wielkim jak Tamiza. Ale czego nie robi się dla miłości, nawet, gdy jest tak niepewna?
Nasze tete a tete trwało zaledwie dwa dni, ale nie żałuję ani minuty. Nie zawiodłam się na Londynie ani trochę. I choć poznałam tylko skrawek ogromu tego, co może zaoferować to ta cząstka dała mi piękne, bajecznie monarchiczne sny, stąpanie kilka centymetrów nad ziemią przez następne kilka miesięcy i całe mnóstwo wspomnień, tych mniejszych jak indyjska herbata kupiona pod Heathrow w sklepie prowadzonym przez Sikha i tych większych jak doznanie intelektualnej ekstazy przy zwiedzaniu Westminster Abbey. Wszyscy, którzy tam byli i po powrocie opowiadali o mieście, ze jest ciekawe i warte zobaczenia, ale nie ekscytowali się nim zbytnio. Szczerze mówiąc, zazdrościłam każdej osobie, z której ust słyszałam te opowieści i chciałam je sama zweryfikować. Jednak od kilku lat, kiedy to Londyn stał się moim marzeniem, coś zawsze przeszkadzało by je spełnić. Brak czasu, brak pieniędzy, brak mieszkania, brak kompana do wyprawy. Rozwiązanie w tym roku okazało się prostsze niż myślałam, jeszcze raz przekonując się o słuszności powiedzenia, iż najprostsze rozwiązania są zwykle najlepsze.
Chcę jeszcze tam wrócić, zobaczyć więcej, poczuć więcej i chłonąc i sycić oczy tą architekturę, tych ludzi, którzy są sami w sobie osobnymi historiami, znów podziwiać ich często wyszukany styl i niepowtarzalny smak przy wyborze ubrań, usiąść w St. James i obserwować gęsi, przejść się po City i podejrzeć jeden z większych ośrodków biznesu na świecie, znowu napić się cydru i zjeść ciasto marchewkowe, zobaczyć klejnoty koronne w Tower i znowu obejrzeć wystawę azjatycką w British Museum. A hol w British Museum zwiedziłabym jeszcze raz, dokładniej, bo to właśnie tam tańczył Hrithik Roshan w K3G. Jako histeryczna fanka owego aktora, muszę te schody jeszcze raz zobaczyć.
Na osłodę brutalnego rozstania z Londynem dostałam Windsor, Cardiff, Brighton, Bath, klify w Eastbourne, Caerphilly Castle, Stonehenge i Arundel Castle. To chyba sprawiedliwa zapłata za porzucenie, gdyby tak kończył się każdy związek, na świecie prawie nie istniałyby samobójstwa z miłości, depresja i chandra. Mogłabym o każdym z tych miejsc napisać, że było cudowne i fascynujące na swój tylko sposób. W Windsorze rezyduje Królowa, co jest dla mnie wartością samą w sobie a pod zamkiem stoi piękny, majestatyczny, wykonany z brązu pomnik królowej Wiktorii, która z godnością będzie tam stać na wieki. Royal Pavilion w Brighton to wariacja na temat azjatyckich zainteresowań króla Jerzego IV- gdyby moje zainteresowania musiałby być pokazane w postaci jednego obrazka, pokazałabym Royal Pavilion, bo zawiera się tutaj monarchia, Wielka Brytania, historia, Indie, morze, czyli duża część tego, co uwielbiam. Bath to klasyka wiktoriańskiej architektury i to tutaj przez kilka lat mieszkała Jane Austen. Mogłam wejść po tych samych schodach, po których ona wchodziła. Czy to nie jest cudowne? Klify w Eastbourne to taka mała Grecja, przejrzyście lazurowa woda, przestrzeń, malownicze igranie słońca z chmurami i wrażenie, że ziemia może się pode mną osunąć w ciąg kilku chwil. Arundel Castle czyli rodowa siedziba książąt Norfolk to żywa historia, głównie z powodu zamieszkiwania przez Norfolków części zamku. Sam gmach jest apoteozą moich wyobrażeń o zamku idealnym- romantyczny, ale jednocześnie masywny, z pięknym, rozległym ogrodem, wnętrzami przyprawiającymi o zawrót głowy. Z salą balową, w której nogi same podrywają się do tańca gdyby nie obsługa muzealna. I prawdziwy, najprawdziwszy tron koronacyjny królowej Wiktorii wystawiony w jednej z sal tak, że niemal można go dotknąć. To wszystko sprawia, że te postaci, tak historyczne, legendarne i odległe stają się trochę bliższe i ma się wrażenie, że stoją obok nas.
Teraz tylko muszę wymyślić sobie nowe marzenie podróżnicze :) Właściwie wybór jest bardzo prosty- Indie.
There's no earthly way of knowing what was in your heart when it stopped going. The whole world shook. A storm was blowing through you.
07 września 2009
Dieu Et Mon Droit
29 sierpnia 2009
Against all odds p.2
Tak więc Laura się spieszyła, dopasowana w talii spódnica w kolorze pudrowego różu tańczyła wokół jej kolan a pierś przykryta śnieżnobiałą bluzką z wykrochmalonym kołnierzykiem podnosiła się i opadała w rytm szybkiego oddechu. Laura biegła a nie lubiła w tym momencie owej czynności z kilku powodów. Po pierwsze, miała na nogach buty na obcasach, po drugie, już czuła, że jej wysiłki nad ułożeniem sobie schludnej fryzury spełzły na niczym bo niesforne kosmyki zaczęły żyć na wietrze własnym życiem i po trzecie, lało jak z dziurawego wiadra a to nie sprzyjało zachowaniu spódnicy w stanie nieskazitelnym. Laura nie była pedantką. Była perfekcjonistką i zawsze pilnowała by jej ubrania pasowały do siebie kolorystycznie, książki na półce ułożone według rozmiarów a spóźnienia jedynie efektowne a nie irytujące. Wyznając kult porządku i ładu Laura nigdy nie pozwalała sobie na szaleństwa a jedyną ekstrawagancją na jaką sobie pozwoliła była ogromna broszka z szafiru kupiona na targu staroci. Można powiedzieć, że jedyną słabością Laury był jej zawód, dzięki któremu zarabiała na siebie i była w miarę niezależna. Bycie pisarką w czasach kiedy to mężczyźni święcili tryumfy we wszelkich dziedzinach od chemii po malarstwo nijak nie pasowało do oficjalnego porządnego wizerunku panienki z dobrego domu. Na razie były to tylko krótkie opowiadania pisane pod pseudonimem Lukas Clearwater i publikowane w popołudniówkach. Kilka lat temu wydano nawet zbiór jej krótkich form a czasem zdarzało jej się przemycić gdzieś jakiś wiersz czy bajkę dla dzieci ale potajemnie Laura pracowała nad powieścią godną pani Austen. Wielki, epicki romans, ponadczasowy, łamiący gdzieniegdzie ustalone tabu. W głębi serca marzyła o pozwoleniu sobie na odrobinę niczym nie skrępowanej wolności i uwolnieniu się z konwenansów, ale nigdy nie zdobyła się na odwagę by te pragnienia spełnić. Może brakowało jej silnego bodźca. Może brakowało jej doświadczenia.
Wiliam Rochester również się spieszył. W kawiarni u zbiegu ulic Myfair i Sundell czekał na niego śliczny, blond włosy anioł o sarnim spojrzeniu. Jedynym problemem było to, że Will za nic w świecie nie mógł przypomnieć sobie jak ów anioł ma na imię. Jenny, Clara, Emma? Nigdy nie miał pamięci do imion a tym bardziej imion kobiet, którymi aktualnie się zajmował a raczej które aktualnie umilały mu czas. Tak więc Will się spieszył a poły jego idealnie skrojonego surduta tańczyły na wietrze. Stwierdził, że wybierając się w drogę pieszo popełnił taktyczny błąd. Coraz mocniej zacinający deszcz niweczył jego wysiłki w celu wypracowania idealnie wypolerowanych butów. Parasol został oczywiście w kawalerskim mieszkaniu Willa na przedmieściach Londynu. Nie pasował do większości jego ubrań, więc zwykle pilnował jego skromnego acz wyszukanego i wysmakowanego dobytku. Will nie był pedantem. Nie był też wymuskanym maminsynkiem. Przeciwnie. Był ekscentrykiem i chlubił się tym. Jeden z przejawów tej cechy, rzeźbiony zegarek z tarczą wysadzaną małymi rubinami zawieszony na srebrnym łańcuszku wskazywał, że właściciel jest już mocno spóźniony i jeżeli blond anioł posiadał nieograniczone wręcz pokłady cierpliwości to jeszcze na niego czekał. Jednak nie było mu dane dowiedzieć się tej fascynującej prawdy, bo zza rogu niczym rozjuszona, spiesząca się do wodopoju gazela wyskoczyła pudrowo różowa chmura i dosłownie staranowała Willa tak, że oboje wylądowali na chodniku. Chmura czy też gazela była płci pięknej, była mokra od deszczu i niewątpliwie chciała na kimś rozładować swoją niepohamowaną złość na ten fakt.
-Z łaski swojej proszę uważać jak Pan idzie. Teraz jestem jeszcze bardzie mokra niż wcześniej a na dodatek brudna. Oczu Pan nie ma? Stracił Pan wzrok pod Waterloo? Zazdrosna kochanka wypaliła je Panu kwasem?- Laura nie mogła pohamować irytacji, chociaż zwykle była oazą spokoju. Teraz jednak niezdarność owego mężczyzny doprowadzała ją do pasji. W środku gotowała się na tego nieokrzesanego gbura.
-Pragnę zauważyć droga Pani, że to Pani na mnie wpadła i to przez Panią mam teraz mokre spodnie w bardzo strategicznym miejscu. Oczy posiadam a jakże, dobrze mi służą, ale niestety nie uchroniło mnie to przed wpadnięciem na Panią bo nie przywykłem do uciekania przed żywym taranem. Pod Waterloo nie byłem, być może mój zegarek pamięta tamte czasy a kochanki nie posiadam, wypraszam sobie. Za dużo problemów z utrzymaniem i zbyt wiele hałasu. - Will zirytowany obiegł wzrokiem przyczynę swojego nieplanowanego postoju.
02 sierpnia 2009
Against all odds
Najdroższa Lauro,
Nie mam nawet pewności, że przeczytasz ten list. To już rok. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni odkąd widziałem Cię po raz ostatni. Miałaś wtedy na sobie tę prostą, jedwabną sukienkę w kolorze szmaragdu, która tak cudownie podkreślała Twoje oczy. Płakałaś. Co ja mówię. Rozpaczałaś. Całe Twoje policzki były zalane łzami a oczy nie były już jasno zielone a granatowe.
Chciałbym, żebyś mi wybaczyła. Mimo wszystko.
Will
Te kilka słów, te kilka zdań tak nieporadnie napisanych jego ręką. Tak przesłodzone. Tak jakby nic się nie stało a jakby ten list miał wszystko załatwić. Czy istnieją granice wybaczania? Czy po tym wszystkim można tak po prostu napisać list? Pożółkły kawałek papieru leżał na kolanach Laury i ciążył jej niemiłosiernie, mimo że właściwie nic nie ważył. Może tylko symbolizował te tysiące nieprzespanych nocy, przepłakanych poranków i dziesiątków tysięcy chwil, kiedy zastanawiała się co zrobiła nie tak. Chociaż nie ona pierwsza i nie ona ostatnia. Ktoś kiedyś tak to ustawił żeby kobiety cierpiały z miłości rycząc w poduszkę a mężczyźni chodząc na wódkę i zwierzając się barmanowi. Proste jak włos Mongoła. Właściwie ten list pochodził jakby z innego świata, jakby napisał go ktoś inny. Patetyczny do potęgi. Nie ten Will, który twierdził, że to właśnie ona jest cholerną miłością jego życia i nie ten Will, który wmawiał jej, że spotkanie jej było jak znak od Boga. Nie, tamten Will był… no właśnie, jaki był? Dumny, butny, zawadiacko patrzący tymi swoimi kryształowo błękitnymi oczami spod wpół przymkniętych powiek, zawsze z gotową odpowiedzią na każde pytanie, nie ważne czy z dziedziny fizyki termojądrowej czy po prostu szeroko pojętego życia. Gdy jej nie znał to obracał wszystko w żart, opowiadał anegdotkę o złamanej nodze w czasie maratonu albo uśmiechał się zabójczo a wszystkie osobniczki płci pięknej, choć niekoniecznie zawsze mądrej mdlały z wrażenia. Dusza towarzystwa i idealny kandydat do sprowadzania kłopotów na grzeczne i porządne dziewczynki.
Taki w skrócie był William Rochester i takim poznała go Laura Gilliam pewnego zimowego wieczoru. Już była spóźniona, czekał na nią Peter, jej narzeczony, z którym za kilka miesięcy miała wziąć ślub i zamierzała być z nim nieprzyzwoicie wręcz szczęśliwa. Taki przynajmniej miała plan. Nie była stuprocentowo pewna czy akurat Peter był najlepszym materiałem na tego rodzaju życiowe eksperymenty, ale dobrze całował, miał domek na wsi i delikatne, wypielęgnowane dłonie. Jak na ironię, rodzice również go akceptowali, więc właściwie dlaczego nie mieliby być szczęśliwi?
07 lipca 2009
***
Łukasz by żył gdybym nie pojawiła się w jego życiu. A gdybym była bardziej przebojowa i mniej ułożona to S. by mnie nie zostawił i to wszystko nie wypalałoby mnie do tej pory od środka. Bez sensu.
20 maja 2009
Water
Kiedyś a było to bardzo dawno temu, prawie całą epokę temu, czyli jakiś rok temu napisałam, że wstydzę się kochać Ł. Że po kilku miesiącach od naszego rozstania nie udaje mi się o nim całkowicie zapomnieć. Że pozwalam sobie masochistycznie cierpieć zamiast ruszyć z miejsca. Cóż. Historia wręcz uwielbia się powtarzać, bo dziś mam ochotę napisać dosłownie to samo. Tylko imię księcia się zmieniło. I ciągle mam nadzieję, że mi to samo przejdzie bez uciekania się do radykalnych środków. Nie wiem. Może ten związek i to rozstanie było po prostu o wiele bardzie fajerwerkowe i spektakularne niż te inne? Może te jedyne w swoim rodzaju łzy jakoś wypaliły mi w pamięci i psychice ślad? Właściwie nie pamiętam żebym kiedykolwiek tak płakała. To były łzy, których nie można było uspokoić. Tak jakby chciały żyć własnym życiem, jakby chciały od razu, po kilku minutach od postawienia mnie przed faktem dokonanym zmyć to uczucie.
Nie, nie usprawiedliwiam się, nie błagam, nie proszę, niczego nie oczekuję i notka nie ma na celu wzbudzenia litości. Po prostu… myślałam, że proces całkowitego składania się do kupy potrwa szybciej, że przecież nie warto się tak zadręczać. Tu przeceniłam swoje możliwości autoregeneracji.
Jednak we wtorek wieczorem zdarzyło się coś cudownego. Tak jakby Bóg dosłownie położył mi rękę na ramieniu i szepnął: ,,Spójrz tam, to dla Ciebie. Wcale o Tobie nie zapomniałem, tak wyszło, że swoje przecierpiałaś, żeby przeżyć właśnie to. Czyż nie jest piękne?”
- Ależ jest. Tylko z tego oszołomienia jeszcze nie mogę zebrać myśli. Ale tak. Jest fascynujące, piękne i sensualne.
04 maja 2009
Efekt sukienki / Dress efect

Może moja obserwacja nie jest zbyt odkrywcza ale na własny prywatny użytek ukułam sobie termin ,,efekt sukienki’’ czyli tą ciekawą kobiecą właściwość ściągania na siebie spojrzeń przypadkowo spotykanych mężczyzn czy to na ulicy, czy to w autobusie o wiele częściej gdy kobieta ma na sobie spódnicę czy sukienkę. Sukienka taka nie musi być krótka, wystarczy do pół łydki. Oczywiście to wszystko zależy od całości, jaką dana kobieta prezentuje, od figury, włosów, dodatków w postaci biżuterii, szalu, perfum, makijażu, torby, butów i tego typu szczegółów, na które dziewczyny zwracają uwagę w sensie technicznym a dla mężczyzn są pewnie albo nieistotne albo niedostrzegalne w tym sensie, że patrzą na całość a nie na części całości. Jednak zauważyłam na własnym przykładzie, że z jednej strony wkładając spódnicę czy sukienkę od razu czuję się 50% razy więcej kobietą a z drugiej strony 50% spotykanych mężczyzn lustruje mnie od stóp do głów. Nie wiem, co myślą, możliwe, że to, co widzą im się nie podoba, ale fakt jest faktem, że tych spojrzeń na sobie czuję więcej niż gdybym założyła spodnie. Moja teza, że kobieta w sukience przyciąga więcej męskich spojrzeń niż kobieta w spodniach może być poparta takim argumentem, że po prostu kobiety powszechnie chodzą w spodniach czy to dżinsach czy takich od garnituru a rzadziej w sukienkach i widok sukienki na kobiecie automatycznie przyciąga spojrzenie. Może też być tak, że mężczyźni po prostu lubią patrzeć na kobiety w sukienkach. Podobno mężczyźni są prości. Tak przynajmniej niektórzy reprezentanci tego gatunku mi mówili.
Nie zmienia to faktu, że zaczynam wyznawać kult sukienki. Chociaż do bycia zgrabną trochę mi brakuje to zakładając sukienkę czy spódnicę od razu czuję się ładniejsza, bardziej kobieca i pewniejsza siebie. Dodać do tego buty na obcasie, oczywiście dobrze dobrane- w takich butach trzeba umieć chodzić i nie być niewolnikiem mody, czyli chodzić na niebotycznych wręcz szpilkach tylko dlatego, że to jest modne i katować się każdym wykonanym krokiem. Obcasy tylko wtedy dodają pewności siebie i powabu gdy umiemy w nich pewnie chodzić. No i sylwetka robi się bardziej wysmukła, jakoś całe ciało stara się wyglądać jak najlepiej. No i tak wyposażoną można ruszać na podbijanie świata:)
Chociaż ciągle muszę walczyć ze sobą i ciągle na nowo zaczynać akceptować własne ciało to właśnie sukienki bardzo w tym procesie pomagają. Sprawiają, że czujesz się trochę jak księżniczka na balu albo młoda dama z wiktoriańskiej Anglii. Czego sobie życzę z całego serca. Księżniczki, Anglii, serca, balu i akceptacji.
27 kwietnia 2009
,,Porter kobiecy" Wisława Szymborska
Musi byc do wyboru.
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie, po co ta śrubka i zbuduje most.
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą,
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha, albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.
Time
Czas jest bezwzględny dla wszystkich bez wyjątku i po równo traktujący każdego. Płynie swoim trybem, stale ustalonym tempem. Sekundy, minuty...
-
Będzie o pieniądzach. Odkąd pracuję zawodowo staram się oszczędzać przynajmniej część każdej miesięcznej pensji. Mam wrażenie, że nie wydaj...
-
Nie żebym chciała zapychać bloga nie pisząc niczego ale przeglądając zdjęcia z ostatnich kilku plenerów znalazłam pare ładnych, na których m...
-
Czas teraźniejszy przypomina mi koniec semestru w liceum. Multum sprawdzianów(teraz dumnie nazywane kolokwiami), testów zaliczeniowych, prac...