Fenomen instytucji Babci polega na tym, że jest ona naturalnym wehikułem czasu dzięki któremu możemy przenieść się w przeszłość bez względu na to ile mamy lat.
U Babci byłam we wtorek przy okazji wizyty u okulisty. Babcia nakarmiła mnie obiadem, obdarowała jakimiś filmami na DVD, które dostała z Reader's Digest, opowiedziała co tam u cioci Wandy, obejrzała ze mną Fakty i przytaknęła, że wesele księcia Williama będzie wielkim wydarzeniem.
Wyszłam od niej w stanie totalnego rozleniwienia, rozanielenia i ze stuprocentowym poziomem spokoju w duszy.
Gdzieś, kiedyś przeczytałam, że nasze dzieciństwo trwa do momentu kiedy żyje nasza Babcia. W takim razie chcę być dzieckiem do mojej emerytury.
There's no earthly way of knowing what was in your heart when it stopped going. The whole world shook. A storm was blowing through you.
18 listopada 2010
Grandma
09 listopada 2010
Dance with somebody
Znów trzymam szczęście w dłoniach jak kruchą filiżankę z chińskiej porcelany.
Szczęście przychodzi niespodziewanie, nieco niepewnie i ostrożnie siada na progu mojego domu. Nie chce znać od razu wszystkich moich myśli i małymi krokami wchodzi do mojego serca. To niezwykłe ciepło rozpływa się po całym moim ciele.
Promienie słońca wdzierają się do moich tęczówek przez wpół przymknięte powieki.
17 września 2010
Dilemmas
Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się. Nie mam pojęcia, co zrobić. Paniczny lęk przed zrobieniem czegokolwiek. Pewnie jeszcze przyzwyczaiłabym się do tej myśli gdyby to nie działo się tak szybko, gdybym miała czas. Gdybym wiedziała, że mam czas. Zawiodłam się trzy razy, ostatni raz bolał najbardziej, podświadomie bronię się przed kolejnym ciosem. Całe ciało przygotowuje się na walkę, na bezustanną obronę przed bliskością. Wszystko, co we mnie najgorsze wytacza najcięższe działa. Nie robię nic, pozostawiam sprawy własnemu biegowi rzeczy… Nie umiem się określić.
Może się pospieszyłam, kilka słów za dużo w sytuacji, kiedy nic nie wiem, kiedy nie jestem pewna, kiedy nie wiem dokładnie, co i jak. Jaka ja jestem nieracjonalna.
Nie liczę, że ktoś to zrozumie. Nie oczekuję rad. Po prostu, kiszenie tego w środku mnie zaczyna mi ciążyć.
24 sierpnia 2010
Revival
Dwa wydarzenia, właściwie zupełnie ze sobą niepowiązane wyznaczają prąd moich myśli. Ostatnio nawet miewam niezwykle przyjemne sny, co gorsza, uśmiecham się pod nosem i śpiewam pod prysznicem. Pierwsze, nieco dziwne, trochę jak przebudzenie po zimie, lekki zawrót głowy i kilka milionów sprzecznych argumentów. Drugie, sprawiające dziką satysfakcję i wyrzuty sumienia zarazem z jednoczesnym cichym szeptem z tyłu głowy: Co by było gdyby? Czy można wejść dwa razy do tej samej rzeki?
W międzyczasie zdążyłam uzyskać tytuł magistra socjologii w zakresie stosowanych nauk społecznych na mojej wielce szacownej uczelni. Nie powiem, było to bardzo miłe przeżycie i tym samym zamknęło etap pięciu lat użerania się z dziekanatem, przekopywania się przez tony kserówek i nabywania akademickiego słownictwa wraz z Maksem Weberem, Garfinklem, Simmlem, Freudem i spółką. Nie czuję wewnętrznej potrzeby głębszego podsumowania tego okresu. Może dlatego, że studia już dawno przestały być wyznacznikiem moich codziennych obowiązków. Od blisko dwóch lat stały się dodatkiem i wypełnieniem tych kilku chwil wolnych od pracy. Ta decyzja, podjęta te dwa lata temu, żeby postarać się o jedne praktyki, drugie praktyki i wreszcie pracę, była decyzją bardzo dobrą. Czymś, co skutkuje tym, że cezura ukończenia studiów staje się tylko przyjemnym wydarzeniem w życiorysie a nie małą, prywatną rewolucją. Ja tą granicę przekroczyłam już jakiś czas temu, równocześnie jeszcze będąc studentką. Stąd przekroczenie innego Rubikonu wydało się jak przejście przez kałużę. Moja firma oraz praca nie jest idealna, żadna nie jest(nawet tester lodów) Śmiem twierdzić, że pewną wiedzę na temat rynku pracy w Polsce posiadam. Wszak zawodowo zajmuję się poszukiwaniem pracowników skrojonych na miarę, pasujących do firm naszych klientów jak garnitur od D&G. W naszych przepastnych kartotekach roi się od kandydatów dynamicznych, komunikatywnych, zorganizowanych i chętnie uczących się nowych rzeczy. Idealnych aplikantów, aniołów miłosierdzia i demonów zarządzania.
Tułam się od ,,I’m the king of the world” do ,,World kicks my ass”. Ostatnio raczej z naciskiem na to pierwsze. Wreszcie czuję, że wiatr nie wieje mi w twarz a w moje żagle. Posługując się terminologią marynarską: wypływam na szerokie wody.
Witam po dłuższej przerwie, jednej z najdłuższych w pięcioletniej karierze tego bloga. Nie obiecuję wywnętrzać się tu regularnie, ale może nieco częściej niż do tej pory. Ostatnio jakoś mam o czym.
10 maja 2010
Proof
Użyczyłeś dziś głosu pewnemu studentowi sinologii, który stał za mną w kolejce do ksero. Masz pojęcie jak serce skoczyło mi w piersi gdy się odezwał?
Przedwczoraj Twoja twarz uśmiechnęła się do mnie na ulicy gdy biegłam na autobus. Przez Ciebie prawie bym się spóźniła bo stanęłam jak zamurowana.
Twoja skórzana kurtka chyba rozpoczęła nieustanną wędrówkę po świecie. Jakiś nowy rodzaj wędrujących dżinsów? Postcrossing? Przygarnij kropka w wersji z zaświatów?
Come on, są inne, cywilizowane sposoby, żeby się ze mną skomunikować. Nie masz tam internetu? Albo jakiejś innej linii ziemia-niebo?
22 kwietnia 2010
All quiet on the western front
Na froncie walki z zimnem, słońcem, śniegiem i spóźniającymi się autobusami bez zmian. Marsz w takt Wygrane bitwy, przegrane potyczki. Końca nie widać.
Mój przyjaciel stwierdził ostatnio, że jestem wrażliwa i mam rozbudowaną wyobraźnię. I ceną za te ,,zalety" jest stresowanie się byle czym i niemożność odróżnienia urojeń od przeczucia. Bo ostatnio mam z tym problem. Mój szósty zmysł zachowuje się jak namagnesowany kompas albo błędnik pozbawiony jądra. Przeczucia rzadko mnie zawodzą. Zwykle kilka chwil a nawet dni wiem, że coś jest nie tak a co dotyczy mnie. Tak jest z emocjami innych ludzi, bliskich mi ludzi, ich problemami i tego co się z nimi dzieje. Gdy ostatnio A. zadzwoniła, że chce pogadać nie mówiąc o co chodzi, pierwszą moją myślą, było, że ktoś umarł. Dlaczego to nie mogło być tylko moje urojenie? W zamierzchłych czasach dosyć łatwo wyczuwałam nastroje Łukasza. Choć, akurat w tym konkretnym przypadku, przypadek ów był nieco monotematyczny... Nie umiałam tylko odkryć przyczyny.
Chciałabym myśleć, że te moje ostatnie przeczucia to tylko wymyślanie sobie niestworzonego, wyobrażanie sobie jak Big Ben przepływa English Channel(swoją drogą: Long live the Queen and have a wonderful Trooping the Colour!) i usadawia się na placu Piłsudskiego w Warszawie. Mała, ogólnoświatowa rewolucja. Mała, prywatna rewolucja. Nie mam na nią ochoty. Może to całe uczucie wiąże się z końcem studiów? I koniecznością podjęcia jakichś bardziej zdecydowanych decyzji? Czegoś na kształt: wyprowadzam się z domu, znajduję lepszą pracę, totalnie odcinam pępowinę? To akurat by mi się przydało. Zerwanie sznurków łączących mnie z domem. Nie psychicznych i emocjonalnych, oczywiście, że nie. Ale tych bardziej przyziemnych. Tych z cyklu: kiedy wrócisz, gdzie idziesz, co chcesz na śniadanie, dlaczego tak późno wróciłaś z pracy. Zaczyna męczyć mnie granie dwóch ról: roli dojrzałego i odpowiedzialnego pracownika poważnej firmy oraz pracującej studentki mieszkającej z rodzicami.
Mam problem z definicją dojrzałości i dorosłości. Nakładają się na siebie.
28 marca 2010
Schedule
To zabawne jak wiele rzeczy robię totalnie po czasie. Dopiero dziś edytowałam zdjęcia na FB z mojej i S. wyprawy do Wrocławia kiedy S. wmawiał mi jaka to jestem piękna i nadaję sens jego marnej egzystencji. Jakoś do tej pory nie zawracałam sobie głowy tym szczegółem jakim jest galeria na FB, ale może lepiej pozbyć się trupów i sprzątnąć uschnięte ćmy z parapetu. Bo nie żyją już od dawna.
Do tej pory szukam informacji w googlach na temat Łukasza. Może ktoś gdzieś coś napisał, przecież samobójstwa nie są czymś co można łatwo ukryć. To mi ciąży. Wiem, że przecież od jego śmierci minęło tak wiele czasu i to wszystko powinno być odległym, lekko tylko bolesnym wspomnieniem. Ponad rok. Ponad rok dosyć dziwnego, ale jednocześnie nieznośnie jednostajnego mojego życia.
Śmierć jest dziwna. Wywraca do góry nogami życie tych, którzy tu pozostali a równocześnie jest jednostkowym końcem wszystkiego. I te rytuały towarzyszące, utrwalone przed wiekami - czerń, pogrzeb, grób w ziemi, stypa, łzy, ponowne odwiedziny grobu i wsłuchiwanie się w ciszę. Na grobie Łukasza, zawsze są świeże kwiaty, znicze i zawsze kiedy tam jestem niebo jest tak cudownie kobaltowe. I zawsze jest cisza. Można posłuchać własnych myśli. I zawsze lekko mylę alejkę, w której on leży. Może to jakiś znak, że poza murami cmentarza też często się gubię.
Kilka lat temu wiedziałam o istnieniu śmierci ale nigdy nie dotknęłam jej na prawdę, nie poczułam bezsilności jaką wywołuje. Kiedy umarł Łukasz, a teraz ktoś inny, pośrednio mi bliski, staje się ona czymś z czym trzeba nauczyć się sobie radzić i co będzie przydarzać się w przyszłości, za ścianą. Quite a challenge.
Time
Czas jest bezwzględny dla wszystkich bez wyjątku i po równo traktujący każdego. Płynie swoim trybem, stale ustalonym tempem. Sekundy, minuty...
-
Będzie o pieniądzach. Odkąd pracuję zawodowo staram się oszczędzać przynajmniej część każdej miesięcznej pensji. Mam wrażenie, że nie wydaj...
-
Nie żebym chciała zapychać bloga nie pisząc niczego ale przeglądając zdjęcia z ostatnich kilku plenerów znalazłam pare ładnych, na których m...
-
Czas teraźniejszy przypomina mi koniec semestru w liceum. Multum sprawdzianów(teraz dumnie nazywane kolokwiami), testów zaliczeniowych, prac...