Jestem zwierzęciem wielkomiejskim. Czasem nawet bardzo. Masochistycznie uwielbiam mieszać się z falą tłumu, przeglądać w wieczornych światłach ulicy. Uśmiechać się do mrugających latarni i otulać porannym chłodem. Następnie na koniec dnia zatrząsnąć drzwi mieszkania i z oddali nasłuchiwać odgłosów zasypiającego olbrzyma.
W środę wyruszyłam i wróciłam z dużego miasta na Śląsku. Przytłoczył mnie szarością. Uroczymi, ale zbyt rustykalnymi straganami z kwiatami. Niską zabudową i bliżej nieokreślonym poczuciem zrezygnowania. Dworcem kolejowym ciągle w budowie, na którym tylko cudem udało mi się odnaleźć nieistniejący peron.
To dziewięciogodzinne doświadczenie upewniło mnie w przekonaniu, że kocham mieszkać w dużym mieście. Z jego korkami, awariami i tłokiem. Wysokimi wieżowcami. Dźwiękiem metra wjeżdżającego na peron. Przeglądaniem się w witrynach sklepowych. Bliskością ważnych wydarzeń. Różnorodnością przejawiającą się w strojach, dodatkach, wyznawanych religiach.
Lubię tygiel. W pewnych granicach rozsądku oczywiście. Ale zbyt dużo spokoju, nicości i otwartej przestrzeni w pewnym momencie mnie przytłacza.
There's no earthly way of knowing what was in your heart when it stopped going. The whole world shook. A storm was blowing through you.
25 września 2011
Back in town
10 września 2011
Bliss
Bo czasem zdarza się tak, że serce zatrzymuje się w pół kroku. Nieważne, gdzie. W tramwaju w Warszawie, w metrze w Barcelonie czy taksówce w Paryżu. Myśl przychodzi niespodziewanie i trochę nieoczekiwanie. Nie czekasz na nią a jednak się pojawia. Łapiesz ją, bo przecież jest taka nieskazitelna. Uśmiechasz się, bo ogarniający ulice wieczór otula Cię swoim spokojem.
27 sierpnia 2011
Sekret bycia nieszczęśliwym polega na posiadaniu wolnego, który możemy poświęcić na zastanawianie, czy jesteśmy szczęśliwi, czy też nie.
Tak, to bardzo mądre, co Pan mówi.
Niejednokrotnie przekonałam się, że mój tryb myślenia zależy od pory dnia. Wzbraniam się na przykład przed myśleniem zaraz po wstaniu z łóżka. Kategorycznie zabraniam sobie rozpoczynania procesu myślenia kiedy jestem śpiąca. A nocą budzą się upiory spod materaca więc tym bardziej nie wolno.
Myślenie to taki dziwny proces. Niby coś naturalnego dla homo sapiens a każdy prowadzi go inaczej i przekraczając podobne checkpointy dochodzi do innych wniosków. Czasem skrajnie odmiennych. Wtedy nazywamy to różnicą poglądów. Różnica poglądów niekiedy eskaluje do rangi konfliktu. Konflikt może przybrać formę zbrojną. Następnie mamy wkroczenie wojsk NATO. Potem przylatuje ONZ posprzątać i przytulić sieroty. Czasem sypią solą, żeby nic więcej nie wyrosło. Jak w Kartaginie. A wszystko przez jedną, niepozorną myśl o ugotowaniu budyniu.
Myślenie ma przyszłość. Myślenie boli. Myślę, więc jestem. Myślenie podobno ma też potężną siłę kształtowania ludzkich losów. Tak więc kiedy kolejny raz zdecydujesz się pomyśleć, zastanów się najpierw.
21 sierpnia 2011
Paris – Barcelona – Tossa De Mar
Todo de pasa – wszystko przemija. Tym patetycznym ale jednocześnie prostym zdaniem rozpoczęłam zapiski z podróży po Barcelonie. Tym zdaniem pewnie je zakończę. Ale maniana zawsze wszystko można zacząć od początku.
W te wakacje byłam w trzech krajach. A właściwie w dwóch i pół, bo Luksemburg (a raczej Wielkie Księstwo Luksemburga) jest maleńkie, wielkości Pruszkowa i można zwiedzić go w dwie godziny. Ale jest, jest urokliwe i jest księstwem czyli ma Wielkiego Księcia, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam.
Cóż, Paryż jest dumny. Dumny z samego faktu bycia Paryżem i bycia miastem francuskim. A jako, że jest we Francji to z definicji podobno jest najwyższej jakości. Pomijając ten fakt, moje estetyczne ja zaspokoiło swoje pragnienia oglądania rzeczy ładnych, symetrycznych, pięknych, uroczych i luksusowych. Nakarmiło się widokami Paryża z góry Wieży Eiffel’a (a raczej zespołu współpracowników Inżyniera Eiffel’a), z góry Łuku Triumfalnego, z placu Vendome pod hotelem Ritz i butikiem Chanel (niestety Karl był nieobecny, szkoda). Legendarny paryski szyk naprawdę istnieje i widać go na każdym kroku, na większości paryskich kobiet. Nocami śniły mi się rogaliki z truskawkową marmoladą.
Francuzi odmawiają używania jedynego słusznego moim zdaniem języka czyli angielskiego. Ich problem, ich wybór, ja się francuskiego uczyć nie będę.
Hiszpanie żyją inaczej. Bawią się w obserwowanie ludzi siedząc w barach tapas i popijając sangrię. W ciągu dnia na jakieś dwie, trzy godziny zamykają się w chłodnych czterech ścianach i za pełnym społecznym przyzwoleniem nie robią nic.
Barcelona jest tropikalna. I wakacyjna. Wrzący tygiel kultur, miliony turystów wszelkich nacji od Norwegii po Goa, upał no i oczywiście Gaudi. Zastanawiam się, co brał, że jego wyobraźnia płodziła takie cuda architektury. Może po prostu dużo sypiał i pomysły rodziły mu się w objęciach Morfeusza. Barcelona ponadto jest bardzo user-friendly: wszędzie dojdziesz na piechotę lub podjedziesz metrem i wreszcie wszędzie dogadasz się po angielsku ! Bardzo miło.
Dzięki W. nie gubię się w przepastnych korytarzach i kierunkach metra oraz nie muszę orientować się w mapie, co nigdy moją dobrą stroną nie było. Dzięki jego obecności czuję się bezpiecznie zwiedzając miasto. Chociaż dla niego ten wyjazd zaczął się bardzo mało szczęśliwie.
Wystawiamy twarze do słońca a raczej do cienia, bo słońce tutaj dobrze przypieka. Koczujemy na skałach niczym jaskiniowcy i gawędzimy z polskim kelnerem, który skończył prawo we Francji. Pod koniec pobytu nieco się nudzimy. Do tego stopnia, że W. przeczytał zarówno Telvę (po hiszpańsku !) jak i polskie Zwierciadło (ominął artykuł o historii marki Nivea ale zainteresował go felieton o fryzjerstwie).
Przed chwilą przy naszym prowizorycznym plażowym legowisku zjawiła się najprawdziwsza hinduska rodzina z okrzykiem ,,This rock rocks!”. Paplają w mieszaninie hindi-english, co daje mi możliwość powrócić wspomnieniami do Hindusów spotykanych w Polsce. ,,Sorry to disturbing your peace” – powiedziała z błędem i wyraźnym akcentem matka całej tej zgrai a jej uśmiech na chwilę stopił mi serce. Jak widać, matka ma trzech synów. Jeden, jakby wyjęty ze Slumdoga. Drugi, wypowiadający się czystą angielszczyzną z tym seksownym brytyjskim akcentem, prawdopodobnie większość czasu spędza w fancy szkole z internatem. Trzeci jest jakby mieszanką dwóch pozostałych. Ojciec rodziny prawdopodobnie piastuje wysokie stanowisko kierownicze w TATA lub Arcelorze i nosi Rolexa. Z tego względu to nie jest typowa hinduska rodzina. To jest rodzina od stóp do głów markowa. Dolce, GAP, Ralph Lauren, Tiffany’s towarzyszą im od rana do wieczora jak wierni towarzysze podróży.
Todo de pasa.
29 czerwca 2011
Up to date
Życie zaczyna być takie poważne i dorosłe. Nie to, że mi się to w jakimś sensie nie podoba. Bo podoba. W jakimś sensie.
Ale coś bezpowrotnie ucieka. To bliżej nieokreślone poczucie niewiadomej, czekania na coś, wałęsania się bez celu po Warszawie i sklejania palców watą cukrową.
Już nawet nie mogę zasłonić się studiami, bo większość tych mających realne przełożenie na pracę zawodową skończyłam.
Wszyscy wokół są tak koszmarnie zajęci. Ja również. Terminy, spotkania, kursy, odkrywanie wielkich prawd. Nawet w sobotę po południu.
Kiedy kolejny kandydat mówi mi, że ,,jest Pani za młoda by to pamiętać” to reaguję na to w sposób dwojaki. Otwiera mi się nóż w kieszeni i zaczyna pulsować żyłka na skroni, no bo bez przesady, nie jestem aż tak młoda. Z drugiej strony zastanawiam się jak długo jeszcze taka sytuacja będzie mieć miejsce, no bo bez przesady, w końcu trzeba zacząć budować swój autorytet.
Różne końce tej samej prostej. W którą stronę to wszystko się potoczy ?
29 maja 2011
Progress Report
Today is a gift and that is why we call it a present.
Ostatnie kilka tygodni było złe. Chyba jedne z najgorszych w ostatnim czasie. Kolejna przestroga, żeby się nie wywnętrzać emocjonalnie przed kimś kogo uważa się za przyjaciela, ale to nie idzie w drugą stronę. Oh well, life.
Ale nic to. Rozwijamy żagle i płyniemy dalej. Wczoraj skończyłam studia podyplomowe co może nie było super wybitnym osiągnięciem intelektualnym, bo pracę zaliczeniową napisałam z tego czym zajmuję się na co dzień w pracy czyli rekrutacji specjalistów i kadry managerskiej. Ale na pewno studia było dobrym podsumowaniem tego co wiem i rozszerzeniem o kolejne tematy a także pobudzeniem intelektualnym do tego, żeby zgłębiać następne. Wykłady praktyków było dla mnie po prostu fantastyczne. Widać było, że tych ludzi kręcą te tematy. Tak jak mnie. Pisanie pracy też było bardzo odświeżającym doświadczeniem. Okazało się, że nie tylko praktycznie coś wiem o rekrutacji ale też potrafię ubrać to w słowa naukowego żargonu. Mój promotor odesłał mi ją bez większych zastrzeżeń, co było kolejnym powodem do dumy. Upajam się uczuciem, że znalazłam dziedzinę, która mnie rajcuje.
Ostatnio jeszcze bardziej lubię (żeby nie powiedzieć uwielbiam)moją pracę a przede wszystkim firmę. Za możliwości jakie oferuje. Jestem zodiakalnym bliźniakiem, ja nie mogę siedzieć w miejscu, potrzebuję nowych doświadczeń i nowych wrażeń. I to właśnie daje mi A. Można powiedzieć, że dostałam awans, pierwszy w życiu. Teraz nie tylko pomagam w realizacji projektów rekrutacyjnych ale też samodzielnie prowadzę część spotkań z kandydatami, co jest dla mnie mega odświeżającym doświadczeniem. Prowadzę szkolenia i mam możliwość praktycznego poćwiczenia zarządzania ludźmi.
Cieszę się, że szefowa mnie doceniła. Powiedziała, że uważa, że mam ten szósty zmysł, który pozwala na ocenę człowieka pod kątem danego stanowiska. Że umiem korzystać ze swoich przeczuć i odczuć. Cóż, to stwierdzenie było dla mnie osobiście bardzo wieloznaczne.
Ala mówi, że jak wróci to ma wrażenie, że poczuje klimat jak w SATC. Coś w tym jest. Chyba trochę inaczej się ubieram, nawet na co dzień, bardzo zwracam na to uwagę, żeby ubrania były dorosłe, ale jednocześnie żebym dobrze się w nich czuła i odzwierciedlały moją osobowość. Parafrazując klasyka (czyli www.szafasztywniary.blogspot.com) żeby ubranie było ubraniem a nie przebraniem.
08 maja 2011
Die she must
Spotkanie z przeszłością było nieco niespodziewane. Charakteryzowało się jednak tym czym porządne spotkanie z przeszłością charakteryzować się powinno. Relatywnie krótkie, takie jak dawniej, z tym samym błyskiem w oku. Po chwili się skończyło. Przeszłość odeszła do słowników przeszłości, a ja wyszłam na zalaną słońcem i obietnicą lata ulicę.
Do tej konkretnej przeszłości chyba już zawsze będę miała sentyment. Boję się powiedzieć, że coś więcej, bo takie stwierdzenie i tak utonie w odmętach dziejów.
Śmiałam się do swoich myśli. A one do mnie. Puszczały do mnie ironicznie oko i za nic nie dały się przegonić.
Time
Czas jest bezwzględny dla wszystkich bez wyjątku i po równo traktujący każdego. Płynie swoim trybem, stale ustalonym tempem. Sekundy, minuty...
-
Będzie o pieniądzach. Odkąd pracuję zawodowo staram się oszczędzać przynajmniej część każdej miesięcznej pensji. Mam wrażenie, że nie wydaj...
-
Nie żebym chciała zapychać bloga nie pisząc niczego ale przeglądając zdjęcia z ostatnich kilku plenerów znalazłam pare ładnych, na których m...
-
Imagine there's no heaven, It's easy if you try, No hell below us, Above us onl...