Boże, daj mi siłę, abym zmieniała rzeczy, które zmienić można i trzeba, daj pokorę, bym pogodziła się z rzeczami, których zmienić się nie da, i daj mądrość, abym potrafiła odróżnić jedne od drugich.
[w:] Szymon Hołownia ,,Ludzie na walizkach"
Jestem uparta, krnąbrna i na prawie wszystko mam swoją własną odpowiedź. Zwykle postrzegam wydarzenia i ludzi przez pryzmat siebie. ,,Skoro ja jestem zły, inni też" [w:] sms od T.G. Skoro coś się nie udaje to jest moja wina, to ze mną coś jest nie tak, to ja nawaliłam. Przywiązuję się do własnych odczuć, przyklejam się do szóstego zmysłu i raz na tydzień z chęcią wyszłabym z siebie i popatrzyła na wszystko z boku.
Czasem w życiu zdarza się tak, że niebo wali nam się na głowę, przekonania roztrzaskują się o podłogę a wiara w dobro, piękno, wolność, miłość i darmową herbatę dla wszystkich chwieje się w posadach. I co wtedy? czy wtedy też należy szukać odpowiedzi w sobie? We własnym bijącym ze strachu i upokorzenia sercu?
Nigdy nie byłam specjalnie mądra. Co najwyżej niezwykle pracowita i niejako inteligentna. Na szczęście też, nie twierdzę, że znam odpowiedź na każde pytanie, nie odnalazłam jeszcze idealnej drogi do Ciebie Boże, nie silę się na zbawianie świata i przez myśl mi nie przechodzi by myśleć i decydować za innych. I nie jestem w stanie pomóc ludziom otrząsnąć się z ich cynizmu.
I nigdy niczego nie oczekiwałam.
There's no earthly way of knowing what was in your heart when it stopped going. The whole world shook. A storm was blowing through you.
01 kwietnia 2009
Shaman's blues
22 marca 2009
,,Almost lover" Fine Frenzy
Your fingertips across my skin
The palm trees swaying in the wind
Images
You sang me Spanish lullabies
The sweetest sadness in your eyes
Clever trick
Well, I never want to see you unhappy
I thought you'd want the same for me
Goodbye, my almost lover
Goodbye, my hopeless dream
I'm trying not to think about you
Can't you just let me be?
So long, my luckless romance
My back is turned on you
Should've known you'd bring me heartache
Almost lovers always do
We walked along a crowded street
You took my hand and danced with me
Images
And when you left, you kissed my lips
You told me you would never, never forget
These images
No
Well, I'd never want to see you unhappy
I thought you'd want the same for me
Goodbye, my almost lover
Goodbye, my hopeless dream
I'm trying not to think about you
Can't you just let me be?
So long, my luckless romance
My back is turned on you
Should've known you'd bring me heartache
Almost lovers always do
I cannot go to the ocean
I cannot drive the streets at night
I cannot wake up in the morning
Without you on my mind
So you're gone and I'm haunted
And I bet you are just fine
Did I make it that
Easy to walk right in and out
Of my life?
Goodbye, my almost lover
Goodbye, my hopeless dream
I'm trying not to think about you
Can't you just let me be?
So long, my luckless romance
My back is turned on you
Should have known you'd bring me heartache
Almost lovers always do
17 marca 2009
Writings from the apple tree.
Zmokłam dziś niemiłosiernie. Nic to, kobieta pracująca żadnej pracy się nie boi a deszcze niespokojne również nie są jej strasznie. Próbowałam znaleźć dziś grób Łukasza. To no avail. Nic to, ważne, że miałam dobre chęci i przez dwie godziny spacerowałam sobie po cmentarzu próbując przypomnieć sobie gdzie staliśmy dokładnie miesiąc temu. Zabawne, wstałam dziś z takim dziwnym, nieracjonalnym zamiarem odwiedzenia Łukasza a dopiero pod samym cmentarzem zdałam sobie sprawę i ta myśl uderzyła mnie z prędkością tego gradu, który zaczął właśnie padać, że to dokładnie okrągły miesiąc od pogrzebu. Cóż Boże, to przecież Ty jesteś specjalistą od dawania znaków. To otwarcie się przede mną drzwi kościoła na placu Trzech Krzyży kilka dni temu delikatnym podmuchem wiatru również było interesujące, przyznaję. I wiesz, co? Bardzo mi się te znaki podobają. Sprawiają, że chce mi się śmiać i krzyczeć z tej niewysłowionej radości nad Twoim cudami, nad Twoimi dziećmi, tak bardzo niedoskonałymi w swojej doskonałości.
Chociaż na zewnątrz wciąż jest zimno i wietrzno to zeszła sobota była doprawdy wiosenna, jakby ziemia otrzepywała się z tych liści, w które się zagrzebała zapadając w zimowy sen. Najpierw była lekcja tańca bollywoodzkiego z A. gdzie udowodniłam, że do Hemy Malini mi jeszcze daleko ale sił i chęci mi nie brakuje a alapadmę robię tak, że mucha nie siada:) Potem świętowaliśmy po raz drugi urodziny M. Tydzień temu świętowaliśmy to wiekopomne wydarzenie uroczą i pełną pysznego jedzenia(ciasteczka maślane!) domówką, teraz wybraliśmy się na Stare Miasto. Nasz wybór padł na Keks, stylową kawiarnię na rynku gdzie zajęliśmy prawie wszystkie stoliki(których jest tam chyba z sześć…). No cóż, w końcu było nas chyba z dziesięć osób. Jak to zwykle bywa u Estetów, gadaliśmy o ważkich sprawach tego świata czyli o tym czemu kobiety się malują i czy istnieje tradycyjna mudra w tańcu bharatanatyam na ,,błąd pliku Dll”. Chyba nie istnieje, obawiam się, ale tradycyjny znak na pisanie na klawiaturze już tak:) Następnie się ściemniło więc postanowiliśmy podbijać naszym urokiem plac Zamkowy gdzie uskuteczniliśmy świetną sesję zdjęciową z watą cukrową sponsored by A. którego wielbię za to, że jest. Sesja zdjęciowa nie wyczerpała atrakcji wieczoru toteż przenieśliśmy się na znaną miejscówkę czyli do mieszkania M. i B. za którą to gościnę podziękowaliśmy poniekąd zasiedziawszy się do późna:) Oczywiście była herbata(kokosowa!), wino, szampan(a jakże!), ciasteczka, występ taneczny A., oglądanie zdjęć ze Starówki(tradycyjna u nas meta impreza) i wiele wiele innych… tak więc, niezmiennie jestem oddaną fanką Estetów.
I wiesz, co jeszcze Boże? Modlę się o pokorę dla niektórych ludzi. O umiejętność spojrzenia dalej niż czubek własnego nosa, potrzeb, wygórowanych aspiracji i mylnego przeświadczenia o własnej offowości. Grow up.
08 marca 2009
Imagine
Wyszło słońce. Wczoraj wieczorem, w nocy, rano też i cały czas jeszcze świeci. Może nie jestem retro chłopcem, ale też lubię pociągi i dworce. Taki symbol zmiany, fizycznej i tej metafizycznej. Pociągi odjeżdżają, przyjeżdżają, zabierają ludzi do domu, do pracy, na spotkanie, na wakacje i w nieznane. Zmienia się krajobraz za oknem, nieczęsto zmieniają się myśli, postawy i spojrzenia. Ludzie spieszący się na pociąg, czekający na zbawienie na dworcu, zabijający czas błądzeniem w myślach lub przeciwnie niemyślący o niczym a jedynie wypowiadający bezgłośną modlitwę o upragniony przyjazd pociągu. Historie pociągowe, obserwacje, ukradkowe spojrzenia, gesty, mikroświat dworców i pociągów. Tych dwoje na stacji Warszawa Wileńska witających się po długim okresie odosobnienia. To jej spojrzenie mówiące jak bardzo czekała na jego przyjazd. Ta młoda dziewczyna podobna do Hinduski, ze słuchawkami na uszach i z torbami pełnymi aspiracji. Te dwie osiemnastolatki z żółtymi tulipanami wracające z centrum na przedmieścia, z jednego świata w drugi. Ci zaspani pasażerowie w kolejce o piątej rano. Jedni otuleni jeszcze snem, inni otuleni procentami.
Potem jeszcze ta para na Starówce, wyzywająca się od najgorszych, próbująca krzykiem obudzić samego Zygmunta. I ta cudowna cisza samego Placu Zamkowego… Ten zapierający dech w piersi widok Wisły, miasta śpiącego jeszcze a jednocześnie powoli budzącego się do życia, te światła, ten zapach kadzideł pod Świętą Anną. To miasto, tak znane a jednocześnie oferujące jeszcze tak wiele do odkrycia, do przeżycia i zobaczenia. Codziennie zachwycać się zwykłymi rzeczami, zwykłymi widokami, zwykłymi miejscami i osobami, które o innej porze dnia, w innym kontekście nabierają nowego sensu, nowego znaczenia i stawiają przed nami nowe doświadczenie. Zachwycać się zwykłym życiem. Bo nie ma innego. Jest przez chwilę, bo jest nowe i nieznane, ale potem staje się dla każdego z nas nasze i zwykłe. I wcale nie zmienia to jego niezwykłości i wartości. I to od nas zależy jak bardzo uczynimy je niezwykłym, wartościowym i fascynującym. Nie trzeba intensywnie podróżować przez następne dziesięć lat, nie trzeba ciągle szukać nowych wrażeń, nie trzeba ciągle chcieć więcej, nie trzeba być na siłę lepszym i mądrzejszym niż się jest. Więcej pokory przed tym, co się naprawdę ma. Bo to może prysnąć w ciągu jednej sekundy. Więcej pokory przed Tym, który naprawdę wie lepiej.
03 marca 2009
Mirror, mirror on the wall...
Brzydzę się tych trzech miesięcy hipokryzji. Nienawidzę siebie za to, że pozwoliłam sobie mu uwierzyć. Odruch wymiotny powoduje we mnie własna naiwność uwierzenia w siebie i we własne możliwości. Co ja sobie myślałam? Że naprawdę jestem taka cudowna, wspaniała, piękna, inteligentna, idealna? Że naprawdę spotkanie mnie było dla niego ważne? Że te wszystkie słowa o zmienianiu się, pozbawianiu się cynizmu, stawaniu się dobrym człowiekiem, posiadaniu ideałów, kochaniu mnie taką, jaka jestem były prawdą? Ja przecież nie jestem taka nawet w jednym procencie. Przecież nie jestem jakimś aniołem miłosierdzia, zjawiskiem, cudem, znakiem, przeznaczeniem, impulsem. Jestem nikim. Cieniem.
I nie potrafię za cholerę uporać się z tym bólem. To mnie spala od środka. Nie pozwala swobodnie oddychać. Wynajduję sobie różne zajęcia żeby tylko nie myśleć. Żeby nie analizować co zrobiłam źle, co było nie tak, co zrobiłam za szybko a czego nie zrobiłam. Z nocnych, bezsennych analiz wychodzi niewiele. Że ja jestem nic nie warta, że nie ma na świecie osoby, która jest w stanie mnie pokochać, że nawet jeśli jest to po krótkim okresie czasu stwierdza, że jednak nie. Czyli standard.
Tak, wiem, że jest kilka fajnych rzeczy na tym świecie. Ba, jest nawet na tym świecie kilkoro najcudowniejszych, najlepszych ludzi na świecie, którzy potrafią zamienić zwykłą kawę w skrzącą dowcipem i radością rozmowę o urywanych jajach a zwykły spacer po lesie Kabackim w moje własne, prywatne katharsis.
Czasem jeszcze płaczę. Nie potrafię jeszcze przestać. I najgorsze w tym wszystkim jest to, że on nie jest wart żadnej mojej łzy. Mimo to otwory łzowe raz na jakiś czas się otwierają. Otwierają się też ciągi myślowe o beznadziei, o tym poczuciu własnej wartości, które kiedyś tam było na normalnym poziomie ale szybko opadło poniżej wszelkich dopuszczalnych wskaźników. Leży HDI, DPI, BAEL, DVD, VCR, OTC, RX, RKS, ONZ, UE, EKG, USG, PH i tak dalej aż do skończenia świata.
15 lutego 2009
...
Już nie liczę przepłakanych nocy, nie liczę rzucanych w przestrzeń pytań ,,dlaczego?”, wbijania paznokci w skórę, żeby tylko przekonywać się, że jeszcze żyję. Nie umiem zmusić się do uśmiechu, nie mam powodu. Od środka jestem martwa, codziennie zmuszam się żeby wstać z łóżka i wyjść z domu. Codziennie muszę się przekonywać , że jednak jest po co żyć. A przynajmniej, że życie jest lepszym wyjściem niż śmierć. Właśnie, śmierć. Najpierw umarł Łukasz a potem dwa dni potem ja sama umarłam. Albo zostałam zrównana z ziemią. Roztrzaskana na kawałki. Jak to wszystko zbiegło się w czasie. Tak, że załamało mnie to podwójnie. Tak, grunt to wyczucie chwili u niektórych osób. Nie umiem poradzić sobie z niczym. Nigdy nie będę umiała.
A. miała rację. Znajomi J. też mieli rację. Ale ja im uparcie nie wierzyłam bo zaufałam temu, który mówił, że mnie kocha. Jak strasznie patetycznie to brzmi. Ale takie jest. Byłam tak cudownie naiwna żeby uwierzyć mu we wszystko co mówił. O miłości, oddaniu, zaufaniu, doświadczeniu, ideale, że jestem ważna, że coś dla niego znaczę, że to wszystko co się między nami wydarzyło coś dla niego znaczy. Teraz bardzo mi trudno uwierzyć, że znaczyło cokolwiek. Jeśli jest jakiś cudowny sposób żeby przestać go kochać to bardzo proszę o radę. Bo jeżeli tego nie zrobię to zwariuję i zamkną mnie w pomieszczeniu gdzie nie ma klamek. Albo w ogóle przestanę istnieć. Boże, pozwoliłeś mi go pokochać, po raz pierwszy chyba tak naprawdę. Po raz pierwszy tak dojrzale. Czemu to musi tak boleć?
Ja ślepo wierzyłam, że to jego tak zwane doświadczenie coś go nauczyło. I że jeśli coś mówi to wie, co mówi. I potrafi odróżnić miłość od zauroczenia czy przelotnej fascynacji. Sam tak przecież mówił. A miłość nie wypala się po trzech tygodniach.
To brutalne, co napiszę ale czuję się jak przedmiot. Który po chwili zabawy się znudził. Dla niego pokonałam tal wiele moich barier i zahamowań, postawiłam na szali przyjaźń. I co? Nic. Łatwiej byłoby mi się z tym uporać gdyby był jakiś namacalny powód. Że ja zrobiłam coś nie tak. Ale nie umiem znaleźć czegoś takiego. Oczywiście, że zawsze jest coś takiego co jest nie tak. Nie jesteśmy aniołami. Ale zawsze mi się wydawało(bo jestem głupia i naiwna), że te dobre strony przeważają nad złymi. Tak więc się rozsypałam.
Podobno to nie jest to. To co do mnie czuł to nie jest to. Mocny argument.
Duża cześć mnie umarła i nigdy się nie odrodzi. I nie piszę tego bo jestem rozhisteryzowaną neurotyczką. Nie. Dużo nad tym myślałam. To efekt mojej refleksji. Kobieta, która narodziła się w październiku, w poniedziałek wykrwawiła się na środku ulicy i umarła. I nigdy tego wszystkiego nie zrozumiem.
08 lutego 2009
[*]
Chcę wierzyć Boże, że to wszystko to jest Twój plan i że dobrze wiesz co robisz. Że może rzeczywiście tam jest mu lepiej niż tutaj. Że tam w końcu ma spokój, nie cierpi na bezsenność, nie ma kataru siennego i może czytać Blankets ile tylko razy chce bo ma teraz tak dużo wolnego czasu.
Ł. nie był kryształowy. Nikt z nas nie jest. Ale mógł zrobić jeszcze tyle dobrego na tym świecie. Wierzę, że chciał. Wbrew temu co czasem mówił. I chociaż pewnie już nigdy nie umielibyśmy swobodnie rozmawiać. Pewnie nigdy nie umielibyśmy się przyjaźnić. Może za parę lat by to nastąpiło. Jest taka maleńka cześć mnie gdzie schowałam te wszystkie wspomnienia o nim. Żeby ruszyć z miejsca po kwietniu. Te wszystkie słowa, gesty i spojrzenia. Wspomnienie o jego odejściu, jakiekolwiek by ono nie było, również musi znaleźć tam swoje miejsce.
Nie umiem sobie uświadomić, że go nie ma. Nie wiem, może jestem za bardzo emocjonalna, może w pewnym sensie się do tego wszystkiego przyczyniłam, może dlatego, że po raz pierwszy stykam się ze śmiercią tak blisko. Może.
Ł. znowu przez Ciebie muszę składać się do kupy:) Jak Ty to robisz:) ?
''the sound
of the wings
of the flight
of the dove
take it away"
Time
Czas jest bezwzględny dla wszystkich bez wyjątku i po równo traktujący każdego. Płynie swoim trybem, stale ustalonym tempem. Sekundy, minuty...
-
Będzie o pieniądzach. Odkąd pracuję zawodowo staram się oszczędzać przynajmniej część każdej miesięcznej pensji. Mam wrażenie, że nie wydaj...
-
Nie żebym chciała zapychać bloga nie pisząc niczego ale przeglądając zdjęcia z ostatnich kilku plenerów znalazłam pare ładnych, na których m...
-
Czas teraźniejszy przypomina mi koniec semestru w liceum. Multum sprawdzianów(teraz dumnie nazywane kolokwiami), testów zaliczeniowych, prac...